Na wakacjach nad Zalewem Siedleckim, przed wcieleniem do wojska. Lipiec 1976 r. (zdjęcie z archiwum Autora)

„Przechlapane” mieliśmy dopiero po godzinie piętnastej kiedy kadra zawodowa udawała się do domu, a dowódca kompanii wydawał służbie dyżurnej polecenie.Wtedy to wszystko zmieniało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wiem co dzisiaj jest plagą w wojsku, ale za moich czasów był to alkohol obecny wszędzie i o każdej godzinie. Pito na potęgę i na umór. My jako młode wojsko na razie mogliśmy tylko o tym pomarzyć, a mimo to, na plakacie zwalczającym skutki picia widniał napis; „Wódka to Twój wróg”! Korzystając ze sposobności, ze mnie nikt nie widzi, dopisałem pisakiem: „Dzielny żołnierz nie boi się wroga”. Spodobało się to głównie rezerwie, kadrze mniej. Na każdy nowy plakat wywieszany na korytarzu już ktoś zawsze do końca mojej służby wojskowej dopisywał moją myśl.

W ten sposób niejako przeszedłem to tradycji batalionu zabezpieczenia. Najwięcej wszelkich wyskokowych napitków spożywano w dniu płacenia żołdu. Już od popołudnia „pociągano” skrycie na żołnierskich salach, które po wyjściu kadry zamieniały się w sale biesiadne. Kiedy rezerwista z innej sali tracił świadomość od alkoholowego ciągu wołał resztką sił czterech młodych. Ci wraz z kojem i pijanym marynarzem sunęli po hollu głośno przy tym wyjąc niczym karetki pogotowia czy straży pożarnej. W jego sali zostawiało się go na miejscu czmychając jak najprędzej, bowiem inny pijany rezerwista wymagał odtransportowania. Tak mijały pierwsze dni w tym cyrku wariatów. Chodziliśmy niewyspani, bowiem w założeniach cisza nocna była od 22:00 do 6:00, ale nas to nie dotyczyło. Każdy z nowo wcielonych do armii otrzymał od podoficera dyżurnego tzw. PPK, czyli Praca Poza Kolejnością. Z nastaniem ciszy nocnej byliśmy wykorzystywani do różnych prac. Najczęściej do sprzątania budynku kompanii, gdzie pastowaliśmy lamperię, a wszystkie klamki i lustra czyszczono pastą do…zębów.

Najbardziej stresujące zajęcie polegało na sprzątaniu korytarza, a raczej jego posadzki. W tym celu przynoszono dwie olbrzymie skrzynie trocin. Na szczotach znajdowało się przeważnie 5 osób. Na komendę podoficera dyżurnego, udając odpalenie motoru i warcząc brum….brum rzucali się z dziką zajadłością na posadzkę wykonując szczotkami energiczne ruchy. Żeby nie odbywało się to na sucho wylewano kilka wiader wody na biało - czarną terakotę. 2 metry za szczotami wysypywano trociny, których było prawie do kostek. Teraz stojąc na nich trzeba było wykonywać ruchy przypominające nieudolne tany. W ten sposób trociny wchłaniały nadmiar wody, a jednocześnie służyły jako szmata. Gdy padała komenda – zmiana!, ci z trocin łapali za szczotki, a oni wskakiwali na trociny. Było to bezsensowne i miało chyba jedynie na celu upokarzać młode wojsko.

Pewnego razu, a było już dobrze po północy, miałem pracę poza kolejnością do 3:00 nad ranem. Ponoć taki a nie inny wpływ na to, miało skumulowanie kar, które tylko sam Bóg raczy wiedzieć, od kogo je otrzymałem. Załapałem się na czyszczenie toalet. Za pomocą cegły drapałem porcelanowe niby muszle i kafelki. Sanitariaty kadry były bardziej normalne, z drzwiami i klozetową muszlą wraz z sedesem. Zmęczony postanowiłem usiąść na niej na chwilę, aby nieco odpocząć. Sam nie wiem kiedy zmorzył mnie sen. Śniło mi się moje cywilne życie, dom, praca. Nagle zerwałem się mogąc złapać tchu. Nie wiedziałem w pierwszej chwili co się ze mną stało i gdzie się znajduję. Ocierając rękoma wodę spływającą mi do oczu zauważyłem niedaleko mnie podoficera z pustym już metalowym wiadrem. Widząc, że na chwilę zasnąłem zakradł się i to wykorzystał w perfidny sposób.

- Co jest młody? Spać się wam zachciało, a sracz się sam posprząta – odezwał się do mnie.

- Obywatelu mat - melduję, że usiadłem za potrzebą!

- Co wy mnie rezerwistę chcecie okłamać!

I naraz jak nie wrzaśnie:

- Sraliście przy zamkniętej desce?

- Dobrze, pójdziecie spać, jak się załatwicie, zawołacie mnie, a ja sprawdzę czy mnie nie okłamaliście – zrozumiano!

- Tak jest – odparłem bez namysłu.

- A teraz biegiem na salę założyć suchy dres, czas wykonania polecenia 2 minuty.

Skoczyłem niby koń na gonitwie. O dziwo sala żołnierska była pusta, a moi koledzy podobnie jak i ja zmagali się z rezerwą a raczej ich wymysłami. Biegnąc w suchym dresie znalazłem się w dla mnie nieszczęsnym kiblu. Co ciekawe, cała złość i chęć przeciwstawienia gdzieś się ulotniła. Podobnie moim kolegom. Byliśmy jak bezduszne roboty wykonujące nawet najgłupsze polecenia żołnierzy starszego rocznika. Zastanawiałem się teraz, do której mi tu przyjdzie tkwić. Przebiegając koło podoficerskiego stolika zauważyłem, że nie ma jeszcze godziny 2. Do pobudki jeszcze cztery godziny. Skąd ja mu teraz

g … no znajdę. Na swój organizm a raczej układ pokarmowy nie mogłem liczyć. Jakoś ta czynność wydalania na początku służby u każdego z nas zaszwankowała. Prawie przez tydzień nie mogłem się opróżnić, a teraz mam tu zrobić na zawołanie. Jednak niezbadane są wyroki boskie. Kiedy stojąc koło kabiny prysznicowej rozmyślałem, nad moim losem – usłyszałem huknięcie drzwiami. Odskoczyłem od ściany i z zapałem zacząłem czyścić wielkie lustro wiszące nad umywalką.

- No ja pier … lę, kocie co jest ku … wa, podpadłeś?

Bełkotał mat Skotnicki, który za kilka dni wychodził do cywila, a cieszył się sporym uznaniem i żołnierzy jak i kadry.

- Nie bój się, za mało mi na liczniku zostało, żeby tu ciebie je … ać, ja już jestem Pan, rozumiesz?

Zapach nie strawionej wódki doszedł do mnie.

- Wys … am się i mnie tu już nie ma.

Zatoczył się ciężko, rozejrzał się przekrwawionymi od namiaru gorzałki oczami. - O wys … am się w kibelku kadry – stwierdził radośnie.

Usłużnie otworzyłem mu drzwi. Usłyszałem odgłos stęknięcia i charakterystyczny dźwięk wydalanych gazów. Na moje szczęście w spłuczce nie było wody. Wytoczywszy się z kabiny pogroził mi pięścią i kazał we wiadrze przynieść wody i sprzątnąć po nim.

- Wszystko będzie jak obywatel mat każe – odparłem.

Najbardziej mnie niepokoiło, czy pełniący służbę się zorientował, że ktoś korzystał z toalety. Z największą ostrożnością uchyliłem drzwi i przez szparę zerknąłem w kierunku stolika dyżurnego. Na moje szczęście nie było przy nim nikogo. Pełniący służbę w nocy, co jakiś czas chodzili na swoją salę, aby się ogrzać, bo na hollu zawsze panował przeraźliwy ziąb. W muszli leżało moje wybawienie i nadzieja na sen. Była kupa i to ogromna, widocznie mat, albo zjadł dużo, albo co najmniej od dwóch dni nie korzystał z wychodka. Aby nie dać ponieść się emocjom odczekałem z 20 min., nie robiąc nic. Kiedy uznałem, że nadszedł mój czas wyprysłem z kibelka jak z procy biegnąc w kierunku podoficera. Stanąłem na baczność i zameldowałem:

- Obywatelu mat, marynarz p … da melduje wykonanie polecenia zrobienia kupy!

- Ano zobaczymy – podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku ubikacji. Ja za nim ciekaw jak zareaguje. Otworzył drzwi i spojrzał w muszlę.

- Fiu, fiu – gwizdnął pełen podziwu.

- Najeb … liście wedle rozkazu, nawet za dużo, ale rozkaz to rozkaz.

Sprzątnąć mi to gówno i wypad na salę!

Mój pierwszy fortel wypadł nad podziw dobrze i o 2:45 drżąc z zima leżałem już w swoim wyrku. Zasnąłem momentalnie i … błyskawicznie była pobudka. Większość moich kolegów zakończyła pracę o 3:00 a byli i tacy, co nie spali do pobudki.

Nie taki diabeł straszny…

Dzień następny nie różnił się niczym innym od mijających. Codzienna „zaprawa” przed śniadaniem, ryki rezerwy i poznawanie kadry, która w początkowym okresie nas nie zauważała, komunikując się z nami jedynie przez podoficerów. Tak było aż do pierwszych zajęć z taktyki w terenie. Bodajże z dwa tygodnie po naszym wcieleniu zapowiedziano nam, iż jutro czekają nas zajęcia w terenie. Nawet byliśmy zadowoleni, każdy liczył na jakąś odmianę, bo tak po prawdzie nosa nie wyściubialiśmy poza naszą kompanię. Broń przydzielono nam bodajże z trzy dni wcześniej, jednak dopiero po przysiędze mogliśmy z nią pełnić służbę. Ja otrzymałem KBKAK ze składana kolbą, chociaż bardziej mi „leżał” KBKAK AKM z drewnianą kolbą. Jak się nie ma co się lubi to, się lubi co się ma i do końca mojej służby nie rozstałem się z moją giwerą. Nawet dzisiaj potrafię bez zastanowienia podać jej nr seryjny.

Wtedy, podczas służby często budzono nas w nocy i kazano recytować numer broni przydzielonej. Biada temu, kto się pomylił, lub nie potrafił bezbłędnie odpowiedzieć. Oprócz wspomnianej broni wydano nam całe oporządzenie. Przerażenie mnie ogarnęło, kiedy ujrzałem ten cały kram, który na siebie było trzeba założyć. Wspólnie, przy pomocy kolegów pozapinano wszystkie paski troki. Obładowani niczym pierwsi amerykańscy kosmonauci na księżycu, biegliśmy na miejsce zbiórki na placu apelowym. Gorszej pogody już nie mogło być. Na zewnątrz przy parostopniowym mrozie szalała śnieżna zadymka. Grafitowy kolor nieba wisiał nam dokładnie nad głowami. Uformowani w czwórki ruszyliśmy na niedaleki małpi gaj, położony tuż przy morskiej skarpie. Padła komenda:

- Biegiem!

Ostry kłujący śnieg wciskał się dokładnie wszędzie. Za kołnierz, pod mankiety. Biegłem z innymi, klnąc w duchu wszystko i wszystkich. Całe to tałatajstwo w postaci maski przeciwgazowej, OP – 1, ładownice, saperka i plecak, nie wspominając o karabinie utrudniało normalne poruszanie a cóż dopiero bieg. Po kilku minutach nikomu nie przeszkadzał śnieg, ba, nawet był mile widziany, bo chłodził rozpalone czoła i policzki. Nareszcie ukazał się plac ćwiczebny i zadaszenie, pod którym tłumaczono nam dzisiejszy temat ćwiczeń. Zapamiętałem go do dzisiaj, a brzmiał: „Taktyka pojedynczego żołnierza na współczesnym polu walki”. Podzielono nas na drużyny i zaczęła się jazda, i to jaka, wszystkie ćwiczenia i wysiłek w cywilu, był niczym w porównaniu do tego co nam zafundowano. Na początek padła komenda:

- Maski włóż! Zgrabiałymi z zimna palcami wyłuskałem maskę i założyłem tak jak nam kazano. Co innego teoria, a co innego praktyka. Maska za żadne skarby nie chciała się dać nałożyć na mokrą głowę i twarz. Dopiero perspektywa mata Gniadego, który bez pardonu walił „oporniachów” w kark, być może ułatwiła mi to zadanie. Okulary od razu mi zaparowały, i to tak, że nie widziałem dokładnie nic. Po chwili zaczęło mi brakować powietrza, a płuca zaczęły ciężko pracować. Naraz sobie przypomniałem, o zatyczce w pochłaniaczu, zdjąłem ją i po chwili jako tako zacząłem oddychać. Przez ustępującą rosę na okularach, zdążyłem zauważyć, że wyglądamy komicznie, jak stado słoni. Nagle rozległy się okrzyki:

- Lotnik – kryj się!

Łatwo powiedzieć kryj się, jak jesteśmy na placu, bez żadnego zagłębienia czy krzaczka. W odległości około 200 m ode mnie zauważyłem wyraźne zgłębienie w ziemi. Ruszyłem pędem w tę stronę, pomny zachowań książkowych bohaterów, co chwila padając i wstając. Kierunek i cel był już w zasięgu ręki, a za chwilę leżałem na dnie zagłębienia ciężko dysząc. Musiało to wywrzeć wrażenie na podoficerach i naszym chorążym, bo pozwolili mi zapalić papierosa, i to w czasie kiedy reszta biegała chaotycznie jak zające po polu. Okazało się, iż tych zagłębień i naturalnych ukształtowań terenu jest więcej. Były jednak niewidoczne przysypane sporym śniegiem i wtapiały się w krajobraz. Zwołano zbiórkę. Wydano po drugim śniadaniu. Tym razem był to boczek wędzony, bułka i kubek gorącej herbaty. Po tym posiłku jakoś raźniej zrobiło się na duszy. Zauważył to mat Kochański, specjalista od okopywania się żołnierza na polu walki. Rypnął nas komendą wszystkich w śnieg, a sam pokazał jak należy się prawidłowo okopać. Różnica polegała na tym, iż on zrobił to w zasadzie śniegiem, a na nas czekała ziemia twarda jak skała. Leżąc na mokrym śniegu byłem po chwili cały mokry, ale od potu. Na leżąco było cholernie kopać, a co chwilę któryś z matów darł mordę:

- Niżej dupę, bo jaja ci nieprzyjaciel odstrzeli - i tak aż do znudzenia.

Około godz. 14:00 zbliżała się pora obiadu a zajęcia przerwano, by powrócić do nich nazajutrz. Westchnienie ulgi wyrwało nam się z piersi, widocznie w złym momencie, bo tym razem ruszyliśmy do przodu przez czołganie i pełzanie. Po kilkunastu metrach miałem wrażenie, ze szoruje po śniegu gołym brzuchem, wszystko miałem doszczętnie mokre. Kiedy kazano nam biec przyjąłem to z radością i pognałem do przodu niczym źrebak, aby rozgrzać przemarznięte do szpiku ciało i kości. Budynek baraku wydał się oazą przytulności, a ciepło buchające z pieca obejmowało nas swoimi mackami. Po chwili przez zaparowane okna, od suszącej się odzieży, nie dało się niczego dostrzec, a gdy maszerowaliśmy do kuchni na zewnątrz panowała śnieżna zawierucha w pełnym tego słowa znaczeniu. Dzięki niej udało się uniknąć zajęć przez dwa dni, a jedynym naszym bojowym sprzętem były wielkie drewniane łopaty do odśnieżania. Zaczęły pojawiać się pierwsze listy z domu. Ja też dostałem taki list, jednakże zanim on trafił do moich rąk musiałem zaliczyć tzw. 10 „bek” (przebiegnięcie korytarza 100 m. - tam i z powrotem równało się jednej „bece”).

Każda poczta cywilna z domu zanim została odebrana okupiona była albo „bekami”, pompkami, skrętoskłonami itp. Nie pamiętam, aby ktoś z nas przez okres „unitarki” otrzymał list bez ceregieli. Pierwsze wiadomości z domu podziałały na każdego deprymująco. Było to widać po moich współtowarzyszach szukających odrobiny osamotnienia, aby w spokoju pomyśleć o domu. Wiadomości, które otrzymałem nie były budujące. Matka narzekała na nasilone objawy tarczycy i przygotowywała się na drugą operację. Ojciec bez granic oddawał się swojej pracy. Wychodził rano a wracał wieczorem. Reszta w normie, a na koniec pozdrowienia od cioć i wujków. Ciekawe, ze teraz sobie o mnie przypomnieli, bo wcześniej nasze kontakty do ożywionych nie należały. W gorszej sytuacji byli koledzy mający dziewczyny w cywilu. Tęsknota aż od nich wyzierała na kilometr, a rozmowom o nich nie było końca. Ja na szczęście byłem w takiej sytuacji, iż moje serce w obecnej chwili nie pałało gorącym uczuciem do żadnej. Przed wojskiem życiowy scenariusz pozwolił mi zakończyć moją wielką miłość i z tego powodu było mi o wiele lżej.

A wojskowe życie powoli toczyło się naprzód. Już znałem budowę karabinu, potrafiłem go rozebrać, wyczyścić i złożyć, zawsze jednak przy sprawdzeniu okazało się, że lufa jest brudna, chociaż ja miałem zgoła inne zdanie. Wtedy też nauczyłem się odpowiednio meldować, iż broń jest przeczyszczona i gotowa do przeglądu, a nie wyczyszczona, bo jak wojsko wojskiem, jeszcze nikt nie widział wyczyszczonego karabinu. Najbardziej jednak lubiłem zajęcia polityczne, a tylko dlatego, że odbywały się na sali żołnierskiej lub na kompanijnej świetlicy. Setki razy powtarzałem nazwiska generałów i dowództwa nie tylko Marynarki Wojennej, ale i sztabu generalnego. Uczono nas także za pomocą kolorowych tablic odróżniać sprzęt „NATO” od naszego. Poza tym wpajano nam jak ważny jest układ warszawski z armią radziecką na czele. Z przyswajaniem tego materiału nie miałem najmniejszego kłopotu i po zaliczeniu testów opanowania wiadomości służyłem pomocą innym. Przysięga zbliżała się szybkimi krokami, toteż co wydaje się zrozumiałe – była przez nas oczekiwana. Jak na razie nie opuściliśmy jednostki ani razu, a nawet sobotnie kąpiele kompanii odbywały się na terenie portu wojennego. Któregoś dnia być może zbyt pewny siebie, (jakby nie było miesiąc w wojsku) zamiast poruszania się biegiem po hollu zachciało mi się maszerować. Zauważył to szef i jak nie ryknie:

- Gaz!

W tym momencie powinienem biegiem udać się na salę po swoją maskę gazową. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy i też jak nie wrzasnę kręcąc nosem: - Nie czuję!

Szef zamienił się w słup soli.

- Granat k … wa … granat… młody.

Według instrukcji powinienem paść na ziemię, aby uniknąć rażenia odłamkami. Nie wiem do dzisiaj, dlaczego nie padłem i na dodatek odkrzyknąłem:

- Złapałem i odrzuciłem!

Szef kompanii zapewne w życiu niejedno widział, tym razem doszczętnie go zamurowało. Zdobył się tylko na kiwniecie palcem, co oznaczało „do mnie!”. Zameldowałem się przepisowo. Spojrzał na mnie i o dziwo – uśmiechnął się mówiąc:

- No podobasz mi się, będę ciebie miał na oku, a teraz wypad na zajęcia! Odmeldowałem się i jakoś raźniej zrobiło mi się na duszy. Nie tylko nie dostałem żadnej kary, ale wkradłem się w łaski szefa. Ten sam szef wieczorem przy wydawaniu czystych prześcieradeł przeczołgał prawie cały pluton, który będąc w pobliżu jego pakamery ryczał w niebogłosy:

- Po to szef mi prześcieradło dał, aby sobie na nim spał!

Wcześniej podczas wydawania kilka płócien spadło na posadzkę, co nie uszło bystremu wzrokowi szefa. W celu wyeliminowania podobnego błędu na przyszłość zarządził czołganie z meldunkiem. Była to na tyle skuteczna metoda, że następnie pobieranie z magazynku odzieżowego odbywało się wręcz wzorowo. Dwa dni później dałem się podejść ku uciesze reszty kolegów. A było to tak: Po kolacji, a więc około 19:00 wieczorem podczas wieczornego apelu nasz dowódca drużyny poszukiwał trzech ochotników na przepustkę do Trójmiasta. Jakoś nie było chętnych, co mnie jednak nie zastanowiło. Już oczami wyobraźni widziałem siebie przy kuflu piwa pośród cywili. Zgłosiłem się natychmiast, zaraz po mnie dwaj następni.

- No orły – odezwał się mat Gniady

- Chcecie koniecznie wydostać się na miasto? – no to w porządku.

- Ty – wskazał palcem na mnie - pojedziesz do kibla przy świetlicy.

- Ty zaś – to do kolegi – pojedziesz do kibla przy magazynku.

- A ty – wskazując na środkowego – zamieciesz korytarz.

Zgromadzeni żołnierze ryknęli śmiechem.

- Jakby nie było to macie Trójmiasto – zarechotał zadowolony ze swojego dowcipu.

- A bodaj cię szlag na miejscu trafił – pomyślałem i rad nie rad udałem się do kącika gospodarczego po niezbędne oprzyrządowanie takie jak: miotła, wiadro i ścierka. Miało to i dobre strony, ponieważ od tego momentu zrozumiałem, iż w wojsku nie należy się wychylać, ale i też nie być na szarym końcu.

Kolejne dni upłynęły na wpajaniu tekst przysięgi i jej ceremonii. Dwa dni przed, zaplanowano uroczyste wręczenie broni. Zaproszenia zostały wysłane i nie pozostało nic innego jak tylko czekać na dawno niewidzianą rodzinę jak i znajomych. W związku z tym pofolgowano nam nieco, co jednak nie oznaczało, ze na brak zajęcia nie mogliśmy narzekać.

Najważniejsza chwila w życiu żołnierza…

Nadszedł wreszcie dzień przysięgi. Z tej okazji wyfasowano nam mundury wyjściowe, w których już paradowaliśmy od rana. Od rana również na teren jednostki zaczęli przybywać zaproszeni goście. Tłoczyli się przed biurem przepustek, ponieważ przeprowadzano skrupulatne kontrole mające zapobiec wnoszeniu alkoholu na teren jednostki. Było mi trochę przykro, ponieważ wiedziałem, ze matka moja przebywa w szpitalu, a ojciec sam bez niej nigdzie się nie ruszał. Nie miałem także pewności czy przyjedzie ktoś z dawnych kolegów. O moich rozterkach wiedział mój najbliższy kolega Wiesiek, który zadeklarował mi swoje towarzystwo i rodziny, abym nie czuł się samotny. Z niecierpliwością przez okno baraku wypatrywałem znajomej twarzy. Nagle, nie wierząc własnym oczom zauważyłem kolegę Bogdana, z którym w cywilu się zaprzyjaźniłem. Nie pozwolono nam jednak na spotkanie z nimi. – Dopiero po przysiędze – ponoć tak zadecydował dowódca jednostki bojąc się, że jego żołnierze mogą nadużyć napojów wyskokowych. Zarządzono zbiórkę i po chwili waląc dziarsko podkutymi butami zmierzaliśmy na plac apelowy w pobliże wielkiej, specjalnie ustawionej na tę okazję trybuny.

Gwoli ścisłości należy dodać, że nasza kompania poza zabezpieczeniem sztabu dowództwa marynarki wojennej pełniła również rolę kompani reprezentacyjnej marynarzy. Dostaliśmy nieźle w kość przed przysięgą podczas nauki musztry. Trwała ona po kilka godzin dziennie. Abyśmy nie chodzili jak „kobyłka Piłsudskiego” przekładano nam pod pachami kij, lub broń. Miało to wyeliminować wady postawy i zrobić z nas perfekcjonistów. Olbrzymie lustra na placu miały nam w tym pomóc.

Plac zapełnił się gośćmi, a i wyższe wojskowe władze pokazały się na trybunie. Huknęła orkiestra, padły przemówienia o tym jaki spotkał nas zaszczyt a zaraz potem padł rozkaz:

- Do Przysięgi!

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikły berety z głów, a uniesione dwa palce prawej ręki do góry spotęgowały wrażenia wszystkich.

… niech mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej – padły ostatnie słowa tekstu przysięgi.

Byliśmy teraz żołnierzami z obowiązkami i odpowiedzialnością za ich wykonanie. Przed trybuna honorową waliliśmy buciorami w beton tak, że aż iskry leciały. Rozległy się oklaski co jeszcze nas bardziej zmobilizowało do paradnego marszu. Na polecenie dowódców drużyn zdawaliśmy broń do magazynku i nic już nie stało na przeszkodzie by spotkać się z rodziną. Widziałem witających się serdecznie, z rodzicami, siostrami braćmi, niektórzy z dziewczyną. Roześmiani i radośni kierowali się na świetlicę i sale żołnierskie. Nie spieszyło mi się nigdzie, ale po chwili serdecznie witałem się z Bogdanem. Jego matka nie zapomniała o mnie, a w przepastnej torbie nie zabrakło cywilnych paczek i paczuszek. Zamiast soku w kompocie truskawkowym znajdował się czysty … spirytus. Poprawiło mi to humor nieco. Chłonąłem niczym gąbka wodę informacje od rodziców i znajomych, które mi przekazywał. Atmosfera na sali gimnastycznej, bo tam siedzieliśmy, robiła się coraz bardziej radosna. Na zastawionych suto stołach ciastem domowym i innymi smakołykami pojawiły się kieliszki i wódka. Nie byłem gorszy i po chwili walnąłem kielicha, potem drugiego i następnego.

Raz po raz witaliśmy się z rodzinami kolegów, każdą taką znajomość pieczętując kieliszkiem wódki. Pojawiali się i żołnierze starszego rocznika. Z ociąganiem, ale i wyraźnym zadowoleniem uczestniczyli w tej biesiadzie, jakby wcześniej nie wiedzieli, że gnębienie kotów sprawiało im przyjemność. Czas upływał niepostrzeżenie szybko, a w głowie coraz bardziej szumiało. Dowódca widząc co się święci zakazał spożywania alkoholu. Odniosło to taki skutek, ze pito teraz ukradkiem. Nie wiadomo, kiedy zapadł zmierzch i nadszedł czas pożegnania. Jeszcze ostatnie uściski, odprowadzenia do koszarowej bramy i po chwili w całej jednostce nie było ani jednego cywila. Kazano nam wszelkie pozostałości po biesiadzie zanieść na naszą salę i rozłożyć na kocu na podłodze. Czego tam nie było. Wędzone kiełbasy domowego wyrobu, słodycze, papierosy no i kilka butelek wódki przemyconych nie wiadomo jakim sposobem. Wokół tego, jak sępy czekające na ofiarę, krążyli nasi dowódcy drużyn oraz żołnierze rezerwy. Kazali nam wyjść na korytarz i czekać. Zawołali nas na salę, kiedy dokładnie podzielili produkty pomiędzy siebie. Nasze protesty nie zadały się na nic, kilku niezadowolonym z takiego obrotu sprawy kazano się czołgać pod łóżkami.

Nie wytrzymał Boguś z Nowego, doskoczył do rezerwisty objadającego się jego kiełbasą. Na to czekali tylko dowódcy drużyn. Kazali mu założyć na siebie trzy „panterki”, kurtki z futrzanym kołnierzem. Pomiędzy nogi wsunęli mu beret, który miał ściskać kolanami tak, aby nie wyleciał. W wyciągniętych rękach trzymał taboret. Jakby tego było mało, musiał plecami oprzeć się o rozpalony piec i wykonywać przysiady. Po chwili był cały mokry od potu. Patrzyłem na to ze wściekłością. Jeszcze dwie godziny temu „prześladowcy” niczym liski chytruski bratali się z nami, a teraz pokazują swoją władzę. Po 50 przysiadach, a musiał je liczyć głośno dano mu tzw. „odbój”, inaczej mówiąc zaprzestanie ćwiczeń. To, że złożyliśmy przysięgę nie oznacza, że możemy czuć się starymi żołnierzami. Taki stan rzeczy ma trwać, aż do następnego poboru, czyli jeszcze z 3 miesiące. Wtedy też będziemy mieli lżej. Z uczuciem ulgi położyłem się na kojo. Szumiało mi w głowie i po alkoholu i po ostatnich zajściach. Dało się słyszeć chrapanie innych i sam nie wiem kiedy zapadłem w sen. Było jeszcze ciemno, kiedy wyrwał nas ze snu sygnał pobudki. Ogłoszono ją dwie godziny wcześniej, bo jak określił dyżurny: - trzeba wam zrobić odparowanie alkoholu.

W tym celu biegaliśmy prawie dwie godziny wokół placu apelowego. Aby nie było nam za łatwo co drugie okrążenie musieliśmy zaliczyć w przysiadzie. Padały komendy: -

- Za pięty chwyć!

- Ręce przed siebie i żabie skoki!

Zabawa skończyła się na 10 min. przed przyjazdem do jednostki kadry zawodowej. Sam słyszałem jak podoficer dyżurny meldował:

…że poza parowaniem alkoholu młodego rocznika, nic ważnego podczas pełnienia służby nie zaszło!

Służba nie drużba…

Po zaprzysiężeniu nas przybyło nam o wiele więcej obowiązków. Poza ćwiczeniami z musztry i służbą wartowniczą nic od nas więcej nie wymagano. Warta pełniona była w budynku dowództwa Marynarki Wojennej w Gdyni w samym jej centrum. Po godzinie 21:00 latem pełniona była na zewnątrz. Do obowiązków wartownika stojącego przy drzwiach do dowództwa należało sprawdzanie przepustek, a na widok generała czy admirała należało głośno wrzasnąć:

- Uwaga!

Po to, aby oficer dyżurny miał czas na wybiegnięcie z dyżurki i złożenie meldunku. Na pierwszej warcie na posterunku nr 1, czyli w głównych sztabowych drzwiach, co chwila ryczałem:

- Uwaga!

Myliły mi się oznaczenia stopni na rękawach marynarskich. O ile żółty pasek podporucznika czy kapitana była wąski, to już komandora wyglądał mi niemal na wężyk admiralski. Nic dziwnego, kiedy generał Kamiński z wiceadmirałem Janczyszynem wchodzili do budynku, to nie ryknąłem uwaga!, z obawy kompromitacji. W oficera dyżurnego jakby grom z jasnego nieba strzelił. Na ich widok zerwał się od stołu przewracając lampę na biurku. W pośpiechu poprawiał oficerski kordzik, aby po chwili zameldować się oficjelom. Oj dostało mi się od niego wtedy. Zwymyślał mnie od ostatnich oferm i łajz. Uspokoił się dopiero, kiedy dowiedział się, że to pierwsza moja służba. I tak do końca mojej pierwszej warty wywołałem go jeszcze ze dwa razy, ale na szczęście wybaczył mi moją nadgorliwość. O wiele lepiej było po godzinie 21. Patrolowało się na odcinku bramy wjazdowej na dziedziniec sztabu, aż do kina „Goplana”. Skwer Kościuszki latem tętnił życiem i działo się na nim wiele ciekawego. Pewnego razu pełniąc służbę na zewnątrz zostałem zaczepiony przez kobietę. Jak wyjaśniła nazywa się „Królowa Morza” i prosiła aby jej zdrowo… przylać pasem marynarskim. Była przy tym tak natarczywa, że rad nie rad spełniłem jej prośbę. Tak się to jej spodobało, iż zaczęła się domagać więcej. Kiedy odmówiłem, postraszyła mnie, że pójdzie zameldować oficerowi dyżurnemu. Kazałem jej wynosi się w diabły i chyba tak zrobiła, bo już jej osobiście nie spotkałem.

Kiedy indziej dwóch podchmielonych gości chciało koniecznie postrzelać sobie z mojego karabinu. Dopiero przeładowanie broni i wymierzenie w ich kierunku - ostudziło ich zapał. Najgorsza przypadłość, jaka mogła zdarzyć się na warcie to parcie na pęcherz, a już nie daj Boże na kiszkę stolcową. Dopadło to i mnie. Prosić o zmianę z powodu sraczki było jakoś niezręcznie, a i ja nie słyszałem o podobnym wypadku. W centrum miasta, otoczony kamienicami nie mam takiej możliwości jak wartownicy stojący w lesie. Dusiłem w sobie ów problem do momentu, kiedy trzeba było podjąć radykalne działanie. Temu, kto wymyślił marynarskie spodnie, a raczej sposób ich zapinania brakowało chyba wyobraźni. Sama procedura ich odpinania trwa na tyle długo, że może się niekiedy okazać, że za długo. Pomny tego, że gdy się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, zawczasu odpiąłem guziki w pobliskiej kamienicy. Moja determinacja była na tyle silna, że byłem gotów zrobić to teraz i w tym miejscu. Zdjąłem karabin, kiedy usłyszałem odgłos otwieranych na piętrze drzwi. Rad nie rad odstąpiłem od zamiaru. Ściskając nieszczęsne spodnie w garści wyszedłem na ulice. Na szczęście wzrok padł na zarośla po drugiej stronie ulicy. Dziwne, ze wcześniej takiej możliwości nie dostrzegłem. Po chwili z uczuciem ulgi wróciłem w rejon patrolowania. O żadnych konsekwencjach nie mogło być mowy, a ja dzięki temu nie musiałem słuchać złośliwych docinków ze strony dowódcy warty jak i kolegów, tak jak to miało miejsce u marynarza Fabisiaka. Na początku służby wartowniczej często zdarzało spać mi się na stojąco w marszu. Dopiero zderzenie z murem przywracało zdolność logicznego myślenia i postrzegania. Było i tak, ze wydawało mi się, iż w kierunku wartowni zmierza oficer dyżurny a ja oddawałem mu należne honory.

Kiedyś przez okno wartowni zauważył to dowódca warty. Spanikowany zarządził „wartę pod broń”, aby należycie powitać nadchodzącego oficera. Kiedy ten się nie pojawił, zawołał mnie i zapytał o niego. Był pewny, że szedł do nas, a ja oddaniem honoru go w tym upewniłem. Sam zachodziłem w głowę jak się to dzieje, tym bardziej, że podobnych wydarzeń było sporo. Wytłumaczyłem, że oficer udał się w stronę garaży i kierowców, którzy przez 24 godziny musieli być gotowi do wyjazdu. Nieraz ich czarne „Wołgi” w godzinach wieczornych i nocnych wyjeżdżały ze sztabowego dziedzińca, a ja otwierałem im bramę. Któregoś razu, a na zewnątrz panował potężny mróz i zamieć, okutany po szyję w specjalny kożuch wcisnąłem się do budki wartowniczej, aby chociaż na chwilę osłonić się przede podmuchami lodowatego wiatru. Miejsca w niej nie było sporo, ale dawała jako taką osłonę. Było w niej na tyle przytulnie, że nawet nie wiem, kiedy sen skleił mi powieki. Nagłe targnięcie mną i potężny łoskot wyrwały mnie ze snu. Nie wiedziałem w pierwszej chwili co się stało.

Dopiero po chwili zrozumiałem, że przewróciłem się z budką wartowniczą. Wygramoliłem się z niej i podniosłem do góry, a po kilkunastu sekundach przez okno wartowni rozległ się głos dowódcy warty wołający mnie:

- Wartownik! Co to za hałas był przed chwilą …

- Hałas? – udałem zdziwienie i po chwili dodałem

- 0bywatel chorąży coś słyszał? Nic się nie stało, to spadły sople, które zwisały z dachu.

Tak po prawdzie to zwisały parę dni temu. Każdy z wartowników pełniący wartę na dziedzińcu zabawiał się ich strącaniem. Chorąży uspokojony zamknął okno, a ja już podczas tej służby oka nie zmrużyłem, nawet na zmianie odpoczywającej, kiedy każdemu wartownikowi przysługiwała twarda prycza na odpoczynek. Służba wartownicza na dziedzińcu nie należała do ulubionych. Z każdej strony otaczały go sztabowe budynki, a sam plac wyłożony betonową kostką był połową wielkości boiska piłkarskiego. Miał jednak mocny argument w postaci zaplecza garnizonowej kantyny. Nabierało to znaczenia podczas świąt. Zawsze pełniąc wartę można było liczyć na smakowity kąsek jak i na coś mocniejszego. Rzecz jasna, odbywało się to bez przyzwolenia kadry kasyna, dzięki życzliwości kolegów tam odbywających służbę. Podobnie reagowali mieszkańcy Gdyni. Zawsze w wieczór wigilijny, czy dzień świąteczny przynosili drobne upominki, życząc przy tym spokojnych świąt.

Szara rzeczywistość żołnierza …

W kilka dni po przysiędze załapałem się na pierwszą przepustkę na garnizon Gdynia. Akurat dostałem żołd. Papierosów nie kupowałem ponieważ co drugi dzień dostawaliśmy przydziałowe opakowanie „Sportów”, a i niepalący odstępowali swój przydział. Wyjściowy mundur musiał być regulaminowy. To, że młody żołnierz wyglądał w nim jak strach na wróble nie miało znaczenia. Starszy rocznik przerabiał czapki, a głównie spodnie. W tym celu na specjalne modełka zrobione ze sklejki, naciągano nogawki polewając je gorącą wodą. Kiedy wyschły woskowano je za pomocą gorącego żelazka. Musiały być nieprzepisowo na dole szerokie, a kanty ostre jak brzytwa. Nam tego na razie nie wolno było robić. Biada, kiedy na biurze przepustek dostrzeżono by zmiany. Za to musiał być obowiązkowy kartonik, do którego przyszyte były zapasowe guziki, wpięta igła z nitką. To tak na wszelki wypadek.

Na przepustkę udałem się z dwoma kolegami z plutonu. Z Oksywia do centrum Gdyni to kawałek drogi. Kiedy podjechał autobus rozsiedliśmy się wygodnie. Po kilkunastu minutach byliśmy na Skwerze Kościuszki, niedaleko miejsca, w którym przyszło nam pełnić warty. Z wrażenia oddawaliśmy honory komu popadło. Ja swój pierwszy oddałem osobnikowi w … kolejarskim mundurze. Koledzy oddali leśnikowi i uczniowi szkoły morskiej. Tak nas zżerała panika. Dopiero po kilkunastu minutach zdołaliśmy się nieco opanować i z daleka już rozpoznawać do kogo mundur należy. W pijalni piwa niedaleko „Róży Wiatrów” z uczuciem ulgi sączyliśmy kuflowe piwo. Tak po prawdzie to nikt z nas nie wiedział, co należy na przepustce porabiać. Obce miasto, żadnych znajomości, a szwendanie się po mieście raczej nie wchodziło w rachubę z powodu licznych patroli wystawianych przez Komendę Garnizonu. Towarzystwo wokół nas nie było ciekawe. Parę miejscowych żuli z wymęczonymi gębami od przepicia, wyraźnie z nami szukało zaczepki. Nie chcieliśmy ich prowokować, a i nie w smak nam było, aby pierwsza przepustka zakończyła się bijatyką. Kupiliśmy parę butelek „elbląskiego” i na pobliskiej plaży, pustej wczesną wiosną, dopiliśmy je. Do jednostki zabraliśmy się ze zmianą warty sprzed sztabu, gdzieś około godziny dziewiętnastej. Jakoś nikt nam z racji wypitego piwa na kompani nie dokuczał i do samej nocnej ciszy nic godnego uwagi nie zdarzyło się.

Od paru dni wszystkim zaprzątało głowę pierwsze ostre strzelanie na ocenę. Czekałem na nie z niecierpliwością. W cywilu miałem okazje postrzelać z broni sportowej i to z niezłymi wynikami. Byłem ciekaw jak się to przełoży na prawdziwą broń. W piątek od samego rana świeciło cieple wiosenne słońce. Lekki wietrzyk szumiał w koronach topoli otaczających jednostkę. Kiedy zająłem stanowisko strzeleckie poczułem dreszczyk emocji. Po krótkim przypomnieniu zasad strzelania i wydaniu trzech ostrych naboi całą uwagę skupiłem na oddaniu strzału. Wstrzymałem oddech zgrałem muszkę ze szczerbinką i nacisnąłem spust. Suchy odgłos wystrzału odbił się echem po okolicy. Kiedy padła ponowna komenda:

- Ognia! - dokładnie powtórzyłem wszystkie wyuczone czynności. Celowaliśmy do tarczy z popiersiem żołnierza z odległości 100 m. Mierzyłem w miejsce styku sylwetki żołnierza z białym paskiem. Jakież ogarnęło mnie zdziwienie, kiedy na miejscu przy tarczach dowiedziałem się, że wystrzeliłem dwie 10 i jedną dziewiątkę. Był to wynik dnia. Zostałem wyróżniony rozkazem dowódcy kompani i nagrodzony trzydniowym urlopem nagrodowym. Na urlop pojechałem na początku lipca. Kiedy wysiadłem na peronie w Chojnicach ogarnęło mnie wzruszenie, podobnie jak i przy spotkaniu z rodzicami. Po krótkiej rozmowie z nimi, solennie obiecując powrót w godzinach wieczornych udałem się rzecz jasna w marynarskim mundurze na miasto. Pierwsze kroki skierowałem do Bogdana. Okazało się jednak, iż przebywa na wakacjach w niedaleko oddalonych od miasta Charzykowach. Znalazłem się tam po kilku minutach.

Zauważyłem już w miejskim autobusie, ze mój marynarski mundur wzbudzał zaciekawienie. Dumnie wypinałem pierś kierując się do centrum letniskowej miejscowości. W pobliskim rożnie z wyszynkiem piwa butelkowego dowiedziałem się, że Bogdan tu przed chwilą spuścił niezłe manto facetowi, który naubliżał dziewczynie. Mijam małe domki zanurzone w gęstwinie drzew i po chwili jestem przed żółtym budynkiem ośrodka wypoczynkowego PKP. Na powitanie otrzymuję w prezencie skrzynkę piwa, z którą jako żołnierz nie walczę długo. Pierwszy dzień mija na pijaństwu. Rano na drugi dzień nie zamierzam pić, bo nazajutrz musze zameldować się w jednostce. Co innego postanowienia, co innego życie. Towarzystwo doborowe, dziewczyny, koledzy, aż żal odjeżdżać. Do teraz się zastanawiam, co wtedy mi odbiło. Wiedziałem, że poszukuje mnie żandarmeria, bo pojawiła się w pobliskiej restauracji wypytując o marynarza. Ja sam wtedy ubrany byłem w dres, tak, że trudno we mnie było rozpoznać obrońcę ojczyzny. Dopóki trwał pijacki amok, dopóty nie myślałem o konsekwencjach. Zacząłem o nich myśleć dopiero po upływie tygodnia. Wszyscy mi doradzali powrót do jednostki.

Łatwo im było mówić skoro byli cywilami. Założyłem pognieciony mundur wyjściowy i marynarską koszulkę nie pierwszej świeżości. Pod ośrodkiem czekała „Nysa” z ośrodka, która w ten dzień w sprawach służbowych miała pojechać do Gdańska. Z ciężkim sercem zająłem miejsce na ceratowej kanapie i ruszyłem ku mojemu przeznaczeniu. Sam nie wiem, kiedy dojechaliśmy do Gdyni. Pożegnałem kierowcę i co dalej? Jednak uznałem, ze trzeba dotrzeć na Oksywie. Już w pobliżu jednostki zaszyłem się w krzakach i obserwowałem co się dzieje. Nic się nie działo, a jednostka tętniła swoim życiem. Wyszedłem z ukrycia i skierowałem się do swojej kompanii. Podoficer dyżurny aż zagwizdał na mój widok ze zdumienia. Po chwili meldowałem się u dowódcy. Bez ogródek stwierdził, że się doigrałem i kazał mi spie … lać! Byłem zaskoczony takim łagodnym obrotem sprawy. Z plutonu nikogo nie było z racji zajęć. Usiadłem na taborecie z uczuciem ulgi – jakoś to będzie. Pomyliłem się nieco w przypuszczeniach. Już po 15 godzinie zaczęło się mi wybijanie samodzielnego oddalenia. W tym celu z maską na twarzy biegałem po hollu

Momentami brakowało mi tchu. W momentach kryzysu i zwątpienia dodawałem sobie otuchy tezą wpojoną mi w wojsku „człowiek nie świnia wszystko wytrzyma. Zmiękczanie mnie zakończyło się przed 22:00, a na sali jakoś nie kwapiłem się z nikim do rozmowy. Nazajutrz po rozmowie z kolegami okazało się, że przeze mnie mieli „przechlapane” w myśl powiedzenia - jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Nic nie miałem na swoje usprawiedliwienie, ani nie zamierzałem się z tego im tłumaczyć. Gorzej wyglądała sprawa ukarania mnie. Z tego, co usłyszałem groził mi pobyt w jednostce karnej w Orzyszu. Rozkaz w tej sprawie miał być odczytany na apelu z okazji święta 22 lipca, a więc nazajutrz. Od samego rana byłem jakiś nieswój. Perspektywa Orzysza nie napawała optymizmem, chociaż ci starsi przy każdej okazji podpowiadali mi:

- Przeżyjesz unitarkę i Orzysz to na wojsko ch … j położysz.

Unitarkę, czyli okres szkolenia „kociarstwa” miałem już za sobą, to jednak Orzysz rysował mi się mgliście. 22 lipca 1978 r. wraz z resztą kompanii stanąłem na uroczystym apelu batalionowym. Czekałem w napięciu, kiedy padnie moje nazwisko i kara, jaka miała mnie spotkać. Nic takiego się nie stało. Otóż rozkazem ministra obrony narodowej z okazji święta odrodzenia Polski wprowadzono amnestię, pod którą się załapałem. Kamień spadł mi z serca i świat od razu wydał mi się przyjazny. Wszyscy naraz zaczęli klepać mnie po plecach mówiąc, że mi się udało. W taki oto sposób sam generał Jaruzelski wybawił mnie z nie lada tarapatów. Jednak na urlop za pierwszy rok służby pojechałem dopiero późną jesienią. Kilka dni później odbyło się kolejne strzelanie. Zająłem pierwsze miejsce, a konsekwencją tego był awans na starszego marynarza. Czekało mnie tzw. „gaszenie peta” w związku z naszywką na pagonie. Polegało one na wylaniu kotła wody. Najczęściej odbywało się to podczas snu, kiedy awansowany dal się zaskoczyć.

Postanowiłem nie dać rezerwie takiego powodu. Czuwałem prawie do rana, kiedy ok. godz. piątej nad ranem zachciało mi się skorzystać z toalety. Zwlokłem się z koja zadowolony, że nie dałem się zaskoczyć podczas snu. Nie doceniłem jednak cierpliwości rezerwy. Kiedy otworzyłem drzwi do przybytku poraził mnie strumień lodowatej wody z węża strażackiego. Skurczybyki nie przejmując się niczym, podłączyli się do hydrantu i czekali na mnie prawie do pobudki, aby uderzyć. Tradycji stało się zadość, a ja musiałem się nieźle uwijać, aby zdążyć zebrać wodę z korytarza i toalety, do czasu pobudki. Podobnie rzecz miała się z „przybijaniem blachy”. Była to odznaka wzorowego żołnierza. Nagrodzony musiał przejść środkiem szpaleru ustawionego na korytarzu. Każdy w ręku trzymał pas i walił przechodzącego z wyciągniętymi rękami w tyłek, aż dudniło. Trzeba było nie lada samozaparcia, aby nie przyspieszyć kroku, a co gorsza prosić o litość. W takim przypadku ceremonia rozpoczynała się od nowa.

Kadra nie wtrącała się do tego. Ulubionym rozwiązywaniem problemu było zapytanie:

- Chcesz regulaminowo czy po ojcowsku? Rzecz jasna, każdy wolał po ojcowsku. Taka kara nie była wpisywana do rozkazu, a jedynie sinofioletowy tyłek świadczył, że została wykonana. Kiedy padły słowa egzekutora kary:

- Za czubki butów chwyć!

Należało nie zginając nóg w kolanie, uchwycić buty. W takiej pozycji przyjmowało się uderzenia pasem. Ich ilość uzależniona była od rodzaju przewinienia. Po każdym razie należało liczyć i krzyczeć:

- Miło! lub ku chwale ojczyzny!

Nie było takiej osoby, która by z tego powodu zgłaszała pretensje. Mimo, iż oficer polityczny podpytywał tu i ówdzie nikt nie puścił pary z gęby.

Takich cielesnych „rewelacji” w repertuarze było więcej. Do nich zaliczał się również „parol”. Do głowy, na wysokości czoła przykładało się dłoń. Palec środkowy odciągało się do tyłu i puszczało. Pół biedy jak robił to laik. Gorzej było, gdy wykonywał to rolnik wcielony do wojska. Pamiętam jednego, lecz nie pamiętam nazwiska mistrza paroli. Chłop o zwalistej posturze z dłońmi jak bochny chleba. Już samo przyłożenie jego dłoni do czoła delikwenta nie napawało optymizmem. Rozlegał się głuchy stuk, coś tak jak walniecie kijem w arbuz lub dynię. Po chwili światło, które rozbłysło ci przed oczami gasło, a ty zaczynałeś dostrzegać jakieś kształty. Czoło paliło jak oparzone, a sina pręga świadczyła, że nie był to sen. Raz kiedyś nawet dowódca plutonu zapytał, co mi się stało. Wcześniej odpowiednio poinstruowany przez rezerwę, odpowiedziałem, że to od hełmu. Musiał wiedzieć o stosowanych praktykach, bo się tylko uśmiechnął, machnął ręka i znikł za drzwiami kancelarii. Nasza kadra, czyli dowódca kompanii, 2 dowódców plutonu i szef pogodzili się z rządami rezerwy po godzinie 15:00.

Był, co prawda oficer polityczny (dwa razy w tygodniu). Organizował spotkania, na których próbował coś od nas wyciągnąć, co byłoby naruszeniem regulaminu żołnierskiego. Chyba sam w swojej naiwności nie wierzył, że któryś z nas może się poskarżyć. Wcześniej uświadomieni przez rezerwę wiedzieliśmy, że taki donos spowodowałby nam urozmaicenie służby i okrył nas hańbą, ponieważ jeszcze żaden rocznik nigdy nie doniósł. Na ogół widzenia z politycznym kończyły się pogadanką na temat osiągnięć socjalizmu i jego wyższości nad imperialistycznym Zachodem. Zostawiał pokaźny stos „Żołnierza Polskiego” „Żołnierza Wolności” i zapewnienie, że do niego można się zwrócić bez drogi służbowej bez wyciagnięcia konsekwencji. Podczas mojej służby żołnierskiej nie dane nam było tego sprawdzić.

Kipi kasza…kipi groch…

Poza wartowniczą służbą były i inne służby. Do jednej z nich zaliczała się służba na kuchni. Wbrew pozorom do łatwych nie należała. Wyznaczeni do prac pomocniczych musieli już wstawać o czwartej rano. W zimnej i wilgotnej kuchni trzeba było napełnić kotły wodą, a następnie odkręcić parę. Kiedy woda zaczynała bulgotać robiło się cieplej. Godzinę później pojawiali się kucharze. Wrzucali po kilka opakowań kawy zbożowej do kotła i przystępowali do swoich czynności. Było to krojenie na kilkucentymetrowe odcinki kiełbasy, którą od czasu ważono na małej sklepowej wadze, aby norma się zgadzała. Rzecz jasna, ze każdy z nas mógł się przy tym najeść do woli. Inni zaś dzielili kostkę masła na ośmiu, inni zaś przygotowywali pojemniki z żywnością do wydawania śniadania. O szóstej rano pojawiał się oficer dyżurny jednostki na śniadanie. Nigdy nie jadł tego, co było w jadłospisie. Zawsze jeden z kucharzy smażył mu jajecznicę z kiełbasą, czy przyrządzał smażoną z cebulką lub wedle specjalnego życzenia. Odchodził po 30 minutach chwaląc sobie zjedzony posiłek.

Pół godziny później pojawiał się kwatermistrz. Sprawdzał poprawność przygotowanej żywności do wydania, wtrącił swoje trzy grosze i znikał na 2 – 3 godziny. O godzinie ósmej pojawiała się nasza kompania wraz z innymi. Jeden z pomocy kuchennej nalewał kawę, niekiedy herbatę. Kucharze wydawali resztę pożywienia. Było to sprawnie zorganizowane, a cała czynność wydawania śniadania nie trwała dłużej niż 30 min., a trzeba pamiętać, że do śniadania zasiadało ponad 500 osób z pięciu kompanii. Po dziewiątej w zasadzie na stołówce nie było już nikogo. Część służby kuchennej sprzątała stoły, stołówkę. Drudzy myli talerze i kubki. Trwały przygotowania do obiadu. Ziemniaki były wcześniej oskrobane przez wyznaczonych przez podoficera dzień wcześniej. Należało je tylko przerzucić do kotła.

Pracy było dużo. Trzeba było pomoc kucharzom przy gotowaniu zupy, smażeniu kotletów mielonych potocznie zwanych granatami, pieczeni wołowej (zelówka), czy przyrządzeniu surówki. Na godzinę 13;00 wszystko musiało być gotowe. Wtedy też pojawiał się kwatermistrz w towarzystwie lekarza jednostki. Próbowali jedzenia i zezwalali na wydawanie obiadu o 13:30. Procedura niczym nie różniła się od porannej podobnie jak i pora wydawania kolacji. Na koniec dnia, po zakończeniu służby, każdy z nas wracał na sale z pokaźnym ładunkiem jedzenia. Najczęściej były to konserwy rybne, których wojsko nie tolerowało, nie wiedząc, dlaczego. Dla mnie miało to znaczenie i sentymentalne, ponieważ wszystkie zostały wyprodukowane w moim mieście rodzinnym. Dzisiaj w 2007 r. nawet ślad nie pozostał po dość pokaźnych zakładach rybnych.

Pewnego razu pełniąc kuchenną służbę, a już był nowy pobór, zgarniałem resztki bigosu pozostawionego na talerzach do metalowego wiadra dość pokaźnych rozmiarów. Wkrótce też na stołówce pojawił się żołnierz ze świeżego poboru z zapytaniem, czy może zabrać dla kolegów bigos, który ewentualnie pozostał. Kazał o to zapytać się jego dowódca drużyny. Wiadro z resztami bigosu stało na stołówce. Ułatwiało mi to sprzątanie resztek, a puste talerze układałem na stole. Powiedziałem do niego:

- Poczekaj!

Udałem się na kuchnię, aby zapytać kucharza czy jest taka możliwość. Okazało się, że pozostało sporo. Odkrzyknąłem przez okienko do wydawania posiłków:

- Dobra jest!

Wdałem się w rozmowę z kucharzem. Kiedy po kilku minutach znalazłem się ponownie na stołówce nie było już „młodego” i wiadra ze zlewkami. Widocznie zabrał je ze sobą. Kiedy po godzinie odniósł z podziękowaniem od plutonu umyte wiadro, ani słowem mu nie wspomniałem, że najedli się resztkami. Jego nadgorliwość na szczęście im nie zaszkodziła, a cała sytuacja nigdy nie wyszła na jaw. Wiedzieli o tym tylko kucharze i kuchenna pomoc. Na wieczór obsługa świniarni nawet nie podejrzewała, że ich podopieczne żrą pełnowartościowy bigos, a nie zlewki, które zjadło młode wojsko. Również sporo pracy na kuchni było, kiedy na śniadanie były gotowane jajka lub wędzone piklingi. Za żadne skarby nie cieszyły się powodzeniem. Ba, jakby tego było mało fruwały po stołówce ku naszemu utrapieniu. Ileż było po tym sprzątania i złorzeczenia wiedzą ci, co z podobnym problemem mieli w wojsku do czynienia.

O wiele ciekawsza była wyprawa po prowiant do magazynów żywnościowych marynarki wojennej. Ciężarowy „Star” podjeżdżał pod rampę i zaczynaliśmy załadunek. Czego tam nie było. Począwszy od świńskich półtusz, udźców wołowych, kiełbas, konserw, worków grochu i fasoli, po konwie ze śmietaną. W drodze do jednostki opychaliśmy się świeżutką kiełbasą popijając śmietaną. W ten dzień nikt z nas na stołówkowe jedzenie się nie skusił, a co najwyżej zorganizowaną kiełbasę piekł na sali, na metalowym drucie w żarze kaflowego pieca.

Była jeszcze kantyna żołnierska. Do przysięgi nie było nam wolno chodzić. Najczęściej któryś z rezerwistów brał od nas pieniądze i dokonywał zakupów. To, że nas orżnął przy tym niemiłosiernie nie miało znaczenia. W kantynie znajdowała się oranżada, ciastka, przybory piśmienne i mała salka, w której najczęściej odbywały się odwiedziny. Nie przypominam sobie, aby któryś z żołnierzy z powodu niedojadania kupował konserwy czy inne pożywienie. Przeciwnie, jedzenie było pożywne i smaczne, wystarczy dodać, iż przez cały okres pełnienia służby, kaszę tak utożsamianą z wojskiem - podano zaledwie kilka razy. Szczególne znaczenie miały święta Bożego Narodzenia spędzane w wojsku.

Miałem tę przyjemność spędzać je w koszarach. Mała choinka znajdowała się jedynie przy stoliku podoficera. Na sali żadnych świątecznych akcentów być nie mogło. Podobnie rzecz miała się z pasterką. Mimo to, wyczuwało się świąteczny nastrój. W te dni żadnych zajęć nie było, tak jak nie ogłaszano pobudki. Jednak nikt nie wstawał później niż godzina 7 rano. Smutne, nostalgiczne to były święta. Każdy myślami był w rodzinnym domu, rezerwa chyba też, bo w ten dzień, na nikim się nie wyżywała. Uroczysta kompanijna wigilia na stołówce rozpoczynała się od przemówienia dowódcy kompanii i politruka. Następnie łamano się opłatkiem najczęściej przysłanym w listach. Menu świątecznego stołu wyglądało następująco: śledzie w oleju i śmietanie, sałatka ziemniaczana, lepsza gatunkowa wędlina, babki drożdżowe, kapusta i barszczyk. Śniadanie i obiad świąteczny również wyróżniał się od dnia codziennego. Wolny czas najczęściej spędzaliśmy na świetlicy, grając w warcaby, szachy, oglądając telewizję. Niektórzy woleli ten czas przespać. Po południu znalazł się alkohol. W tym czasie, kiedy ja odbywałem służbę wojskową piło się i to sporo.

Bywało i tak, że gdyby w razie alarmu zarządzono zbiórkę, to tylko młode wojsko byłoby w stanie stanąć na zbiórce. W alkohol zaopatrywano się w pobliżu jednostki, na melinie. Brało się najczęściej tzw. „eliksir”. Tak dokładnie to nikt nie wiedział, z czego się to coś produkowało, wystarczy jedynie nadmienić, że jak kropla tego specyfiku spadła na buty, to robiła się biała plama, trudna do zapastowania. Ja kiedyś też doświadczyłem siły jego działania. Po wypiciu dwóch butelek straciłem na kilkanaście godzin wzrok. Podobnie moi koledzy, ale z picia „mózgotrzepa” nikt nie zrezygnował. Pogadanki o szkodliwości picia nie przynosiły rezultatu, przeciwnie potęgowały w nas przeświadczenie, że sprzyja to zabiciu wolnego czasu. W wojsku nie może być go za dużo, ponieważ żołnierzowi głupie myśli przychodzą do głowy. No to, aby nie przychodziły topiliśmy je w alkoholu. Któregoś dnia, a byłem już żołnierzem z rocznym stażem wraz z sześcioma młodymi pojechałem jako dysponent wozu po prowiant do portu. Po załadowaniu pozostała nam chwila czasu. Jadąc po pościel do Grabówka, gdzie znajdowała się pralnia, kazałem na chwilę zatrzymać się przy sklepie spożywczym. Kupiłem dwa piwa. W tym momencie, któryś z młodego rocznika, zapytał czy mogą wypić po jednym piwie.

- Po jednym tak – odpowiedziałem i ruszyłem do szoferki.

Zeskoczyli w tym czasie z wozu i weszli do sklepu. Kończyłem dopijać drugie piwo, kiedy wyszli się ze sklepu. Nic podejrzanego nie zauważyłem, a oni sami utwierdzili mnie w przekonaniu, że wypili po jednym piwie. Po załadowaniu czystej pościeli i zdaniu brudnej ruszyliśmy do jednostki. Kiedy mijaliśmy bramę wjazdową, zatrzymał nas oficer dyżurny. Zameldowałem skąd wracamy. Machnął ręka i kazał nam podjechać pod magazyn. Jakie było moje zdziwienie, a po chwili ogarnęła mnie wściekłość. Żaden z będących z nami żołnierzy nie mógł stać na własnych nogach i o własnych siłach. Byli kompletnie pijani i nic do nich nie docierało. Na pluton zaprowadzili ich koledzy, a rozmowa z nimi w ten dzień nie była możliwa. Nazajutrz, kiedy doszli do siebie, przyznali się, że kupili sobie po flaszce wódki, którą wypili na pace samochodu prosto z butelki. Stracili moje zaufanie, a ja za pomocą rezerwy ganiałem ich po placu apelowym, w celu wybicia niecnych zamiarów. Po trzech godzinach ganiania w maskach byli ugotowaniu, a na moje pytanie:

- Jak się czują – odpowiedzieli, że dobrze.

Kazałem im wracać na salę, a ja na przyszłość miałem dobrą nauczkę, że trzeba mieć oczy w głowie i du … ie, aby wszystko kontrolować. Sam szef kompanii nie zakazał picia, bo jak mówił: Pić można, sztuką jest nie dać się złapać.

Kilkakrotnie uczestniczyłem w uroczystej odprawie wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Zawsze dla nas jako żołnierzy ceremonia zapadała w pamięci i wzbudzała emocje, kiedy widzieliśmy siebie w telewizji. Kiedyś po rozprowadzeniu wart na skwerze Kościuszki, podeszła do mnie para w średnim wieku. Od razu zorientowałem, że są to cudzoziemcy. Kiedy dowiedziałem, że są z Niemiec Zachodnich, powinienem ich zatrzymać i zameldować oficerowi dyżurnemu zgodnie z wytycznymi. Podobnie rzecz się miała z notowaniem zachodnich rejestracji aut, parkujących lub wolno się poruszających w obrębie sztabu. Nie zrobiłem tego, bo wzbudzili moje zaufanie, i za cholerę nie widziałem w nich agentów obcego wywiadu. Chcieli mieć ze mną zdjęcie. Zgodziłem się. W tle były krzaki a nie budynek sztabu. Otrzymałem od nich kilkanaście tabliczek czekolady, którą zajadaliśmy się w tym dniu podczas pełnienia służby. Rzecz jasna, że oficer pełniący służbę dowódcy warty nie przypuszczał, iż jego żołnierze zajadają się imperialistyczną czekoladą.

Podczas pełnienia służby na zewnątrz budynku było się mimowolnym świadkiem wielu wydarzeń. Ratowałem z opresji niewiastę, której partner za pomocą pięści wykładał swoją rację. Dostał w zęby, fikną kozła, a za chwilę, kiedy doszedł do siebie proponował mi wspólne picie wódki. Pognałem go w cholerę. Kiedy indziej dwóch mężczyzn okładało brutalnie jednego. Pospieszyłem mu z pomocą, gdy siły były wyrównane, rozpłynęli się w mroku nocy. Któregoś razu kopulująca parka w pobliskich krzakach poprosiła mnie o … papierosa. Jasne, że życzenie spełniłem, a przy tym łyknąłem sobie solidnego kielicha. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia pełniąc służbę, otrzymałem tyle upominków, wręczanych na posterunku, że musiałem je układać na ziemi. Podchodzili do nas na służbie mieszkańcy Gdyni i wręczali bez żenady małe paczuszki. Wprawdzie regulamin służby wartowniczej zabraniał przyjmowania czegokolwiek od cywili, ale w ten szczególny dzień, nikt się nie czepiał.

W grudniu 1978 r. wyszedłem do cywila, rozpoczynając kolejny etap mojego życia …

Epilog

Okres 30 lat od zakończenia służby wojskowej był czasem tworzenia, jak i burzenia. Jak każdemu w życiu wiodło się raz gorzej, raz lepiej. Doświadczyłem na własnej skórze skutków transformacji, przeważnie negatywnych. Pozwoliło mi to jednak nabrać dystansu do życia, a szczególnie do ludzi, bowiem powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie można między bajki włożyć. Mam dorosłe dzieci, żonę, rybek i psa i nie posiadam. Życie nauczyło mnie jednego – pokory, niemniej uzmysłowiło też, że w obecnych czasach jest drapieżne i brutalne. Silniejszy pożera słabszego, a wszystko to w duchu katolickiego wychowania, na które się tak wielu z nas lubi powoływać.

(red)