Odprawa wart na pl. Defilad w Warszawie. 9 maja 1978 r. (zdjęcie z archiwum Autora)

 

U progu dorosłego życia…

Któregoś dnia, a było to po tym, jak zacząłem pierwszą pracę w największym zakładzie przemysłowym miasta „Mostostalu”, po przyjściu z drugiej zmiany czekała na mnie niespodzianka w postaci wezwania na komisję poborową. Nie przeraziło mnie to jednak, a ja sam nie widziałem powodu, aby migać się od służby wojskowej. Słyszałem wcześniej opowieści starszych kolegów o przebiegu ich służby w Ludowym Wojsku Polskim. Nie były one optymistyczne, ale i nie były tragiczne, a niekiedy powodowały moją wesołość. Sam z natury usposobiony do życia byłem raczej optymistycznie nie wyobrażałem sobie „fali” i „rezerwy”, a cóż dopiero przysięgi. Do dnia wezwania na komisję nie zaprzątałem sobie tym głowy, chociaż podświadomie czułem, ze czeka mnie coś dotychczas niespotykanego. Kiedy nadszedł czas stawiennictwa, wraz z grupą moich podwórkowych kolegów, z których większość miała pełne portki strachu udaliśmy się do Domu Kultury przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie na czas poboru zainstalowała się komisja. Już z daleka zobaczyć można było grupki młodzieży, otaczającej niewielki placyk przed budynkiem. Kilku z nich z rękoma w kieszeni pozując na nic sobie nie robiących w związku z zaistniałą sytuacją, paliło papierosy, co chwila wybuchając gromkim śmiechem. Obserwując ich wiedziałem, że pod maską beztroskiego śmiechu czaił się w nich lęk. Widać to było po moich towarzyszach, którzy już po drodze dawali mi do zrozumienia co myślą na temat wojska i czekającej ich służby.

- K… wa to dwa lata wyrwane z życiorysu

Szepnął mi do ucha jeden z nich, kiedy po schodach wyłożonych szarym lastrykiem maszerowaliśmy na pierwsze piętro, gdzie urzędowała rejestracja przyszłych obrońców Ojczyzny. Długi korytarz na piętrze z szeregiem drzwi, z których jedne otwarte na oścież. To właśnie z nich wytoczył się tęgi jegomość w zielonym mundurze. Na naszywkach zdaje się miał gwiazdki.

- Chyba kapitan – odezwał się jeden z nas

– Tak, ale Kloss – dodałem

Całe korytarzowe bractwo wybuchło gromkim śmiechem. Atmosfera niepewności jakby zelżała i każdy z nas poczuł się znacznie lepiej. Wśród chwilowej beztroski dal się słyszeć piskliwy damski głosik:

- Panowie…panowie proszę o pół tonu ciszej – dobiegło nas z pokoju z otartymi drzwiami. Wśród męskich głosów, bo przecież każdy z nas miał ukończone 19 lat cienki damski dyszkancik zabrzmiał jak głos z innego świata. Już nie wybuchy śmiechu, a dziki ryk rozbawienia wstrząsnął ścianami korytarza. Z trzaskiem otworzyły się następne drzwi, pojawił się wielki brzuch opięty szerokim skórzanym pasem, a po chwili jego właściciel. Mógł mieć nie więcej niż 30 lat, ale jego „mięsień piwny” był zaiste imponujący.

- No co jest poborowi – ryknął robiąc się czerwony na twarzy.

- Już niedługo będziecie płakać i zapewniam, że nie ze śmiechu – dodał już nieco ciszej omiatając nas wzrokiem.

Nie wiem jak to się stało, czy może któryś z nas ze strachu, a może świadomie w tym dla nas tak doniosłym momencie głośno puścił bąka. Nadęta żaba, bo takiego mi ów osobnik w stopniu sierżanta przypominał, zrobił się zielony na twarzy jak kolor jego munduru, by po chwili oblec się w purpurę i dopiero jak nie wrzaśnie:

- Jaja sobie robicie!... już niedługo woda wam się w d…pie zagotuje…a pierdzieć będziecie z wysiłku…k…wa jego mać – zaklął na odchodne trzasnąwszy drzwiami.

Zapadła grobowa cisza. Chciało mi się śmiać, bo jakoś nie mogłem sobie wyobrazić jak mi się ta woda zagotuje i dlaczego mam pierdzieć z wysiłku. Na dalsze rozmyślania nie było czasu, bo już zaczęto wołać nas po nazwisku. Na dźwięk swojego śmiało wkroczyłem do sali z dwoma wielkimi oknami, przesłoniętych szarosiwymi od tytoniowego dymu firanami. Podobnego koloru był wytarty parkiet z drewnianych klepek. Stoły ustawione w podkowę obleczone zielonym płótnem podkreślić miały ich wojskowy charakter, chociaż bardziej przypominało to mi oślą łączkę. Za nimi siedziało trzech wojskowych. Pierwszy z brzegu rzucił krotko:

- Imię i nazwisko – zanim zdążyłem odpowiedzieć wynotował coś z mojego dowodu osobistego i gestem reki przekazał mnie wcześniej poznanej na korytarzu „żabie”.

- Gdzie chcecie służyć – warknął krótko. Wkurzył mnie takim potraktowaniem dogłębnie.

- Poczekaj – pomyślałem i z głupia frant odparłem:

- Jak to gdzie? W wojsku!

- Wy mi tu ze mnie głupka nie róbcie…jasne?... wysyczał przez zęby.

- Wiadomo, że w wojsku a nie u proboszcza na plebanii – rozumiecie! – warknął głośniej i dodał: - w jakiej formacji?...

- Co mam nie rozumieć - odparłem … mnie tam obojętne…ważne, aby to mieć już za sobą – dodałem patrząc mu odważnie w oczy.

- Podobacie mi się poborowy – coś zanotował w kartotece i kazał mi się przesunąć w kierunku chudego blond wymoczka z zasadniczej służby, o czym świadczyły jego kapralskie belki na pagonach.. Wymoczek spojrzał na mnie oczami zganionego psa, podrapał się po krotko obstrzyżonych blond włosach, a raczej po tym, co z nich pozostało i odezwał się jak na jego posturę nadzwyczaj głośno:

- Chcecie oddać krew?

Coś tam słyszałem wcześniej o idei honorowego krwiodawstwa, ale szczegółów nie znałem.

- No wiecie – rzucił widząc moje wahanie – dostaniecie za to dzień wolny od pracy i dobrze będzie widziane to w wojsku.

- Raz kozie śmierć… i podpisałem na siebie wyrok na małym karteluszku, który niepostrzeżenie podsunął mi pod nos.

– Ale krew oddacie po zbadaniu przez lekarza i na podstawie tego dostaniecie kategorię - zdolny lub nie… chociaż tej ostatniej raczej tu się nie otrzymuje.

Nie słuchałem jego wywodów, bo już poganiany przez młodziutką pielęgniarkę znalazłem się jeszcze na większej sali od tej, w której nie tak dawno przebywałem.

Była to sala widowiskowa, o czym świadczyła jej rozmiary. Za pojedynczymi stołami w większości siedzieli lekarze wojskowi. Mój wzrok przyciągnęła grupa moich rówieśników zbita w gromadkę niczym stado przerażonych baranów. Na sobie, poza czarnymi sportowymi spodenkami, które wprawdzie bardziej przypominały staromodne pantalony nie mieli nic. Zaczęło mnie to śmieszyć, toteż z uwagą kątem oka łypałem na zziębniętych golasów. Nagle na dźwięk wywołanego nazwiska grupa zafalowała i zaczęła wypuszczać poszczególnych delikwentów. Komiczny to był widok. Każdy z nich zatrzymał się przy pierwszym stoliku za którym siedział lekarz wojskowy. Nagle padła komenda:

- Podnosimy lewą nogę…teraz prawą.

Wszyscy z badanych poruszali się jak tańczący niedźwiedź w cyrku, by po chwili znaleźć się przy drugim stoliku.

Słychać było: - otworzyć usta… pokazać język…stanąć prosto!

Po krótkich oględzinach nie wyłączając pleców, przesunęli się w kierunku ostatniego stolika. Za nim zasiadała czarnowłosa piękność oraz starsza może czterdziestoletnia przeraźliwie chuda blondyna. Musiała być to lekarka, bowiem czarnowłosa z wyraźnym respektem wykonywała jej polecenia. To właśnie ona, głosem nie znoszącym sprzeciwu rozkazała:

- Spodenki do kolan opuścić.

Zapanowała konsternacja pośród badanych. Jak na razie nie znalazł się odważny do wykonania polecenia.

– Czy nie wyrażam się dość jasno? – rzuciła po chwili.

– No jak zdjąć majtki? –odezwał się jeden z odważnych.

– No chyba nie będziecie ich ściągać przez głowę – odezwała się milcząca do tej pory chuda blondyna.

– No szybciej…szybciej nie ma czasu…czekają jeszcze inni.

Sam byłem ciekawy co z tego wyniknie. Próby pokazania przyrodzenia szły opornie, co też wydawało mi się zrozumiałe, ale nie docierało to do mnie, że i ja za chwilę zostanę postawiony przed faktem dokonanym. Powoli z ociąganiem kilku z nich zaczęło powoli zsuwać spodenki, natychmiast zakrywając dłońmi swoje przyrodzenie.

– Co jest panowie – rozległo się naraz.

- Jak ja mam ocenić czy macie wszystko w porządku.

- No rączki w dół – to mówiła starsza z kobiet. – No już…już niecierpliwiła się coraz bardziej.

Powoli z ociąganiem odsłaniali swoje przyrodzenia. Stałem z boku po lewej stronie sali. Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Widok był komiczny. Gdy stali tak w szeregu ich przyrodzenia zwisające przypominały mi kurze szyje, którym obcięto głowy. Mój śmiech zwrócił uwagę czarnowłosej która strzeliła na mnie wzrokiem. Gdyby miał siłę rażenia pewnie leżałbym trupem.

– No bratku – odezwała się do mnie… potrzebujesz specjalnego zaproszenia.

- Kto ja? - zapytałem z głupia frant…

- Tak, jaśnie pan nie rozumie?

Rozumiałem i to dobrze, ale próbowałem zaprotestować.

- Ale ja jeszcze nie byłem na tych badaniach – powiedziałem pokazując palcem w kierunku pierwszego stołu.

– Nie szkodzi – usłyszałem… pójdziesz na nie po tym badaniu.

Rad nie rad zbliżałem się do nich, idąc jak ofiara w stronę kata. Wiedziałem, że i ja nie obejdę się bez oględzin moich klejnotów, jakby to one decydowały o sile bojowej naszej armii. Zbliżając się do nich pomyślałem, że może je zbiję z pantałyku próbując jakiegoś wybiegu. Nic z tego. Jeszcze się dobrze nie zbliżyłem, a już miałem gacie na wysokości kostek od nóg. – No będzie dobry z was żołnierz, bo odwaga aż bije w oczy – powiedziała wychudzona blondyna zerkając na moje jestestwo, które o dziwo nie wzbudziło w niej zbytniego zainteresowania.

- Wszystko w porządku – rzuciła do czarnowłosej, która coś odfajkowała na tekturowej kartotece. Wciągnąłem spodenki nad wyraz szybko i zgrabnie, a po chwili miałem wykonane następne badania. Nagle usłyszałem swoje nazwisko. Ki diabeł pomyślałem i naraz słyszę:

- Wyczytani poborowi do sali na parterze…tam pobierają krew.

W ferworze „gaciowych” zmagań jakoś wyleciała mi z głowy idea oddawania honorowego krwi. Wymigać się nie było jak, bo książeczkę z kategorią zdrowia dawali dopiero po pobraniu krwi. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Od tego momentu, aż do końca roku 1982 oddałem prawie 13 l. krwi. Zaprzestałem na początku lat osiemdziesiątych ze względu m.in. na brak strzykawek jednorazowych itp. Ale to dopiero miało być w przyszłości.

Chyba krótko po godz. 15 zaczęto wydawać nam książeczki. W mojej stało jak byk :Kat „A” przeznaczony do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, a wojska w przeciwieństwie do innych nie obawiałem się wcale. Z zaciekawieniem trzymałem ją w ręku i poza paroma wpisami, nie wzbudziła we mnie zainteresowania, stanąłem przed faktem dokonanym. Dzień zakończyliśmy w pijalni piwa na „Szewskiej”, która jak ulał pasowała do opisu knajp rodem z Dzikiego Zachodu. Kwaśny odór piwa, wymieszany z papierosowym dymem i zapachem moczu dobiegającym z pobliskiej toalety to piorunująca mieszanka nawet jak nasze młode organizmy. Z uczuciem ulgi wyszliśmy na zewnątrz kierując się w stronę dworca PKP, bowiem większość z nas mieszkała na końcu ul. Świerczewskiego (obecnie Piłsudskiego). Następne dni nie zakłóciły codziennego rytmu. Praca na zmiany, kufelek piwa z kolesiami na Brzozowej i tak do dnia, kiedy pokwitowałem wezwanie do stawienia się w Wojskowej Komendzie Uzupełnień w celu odebrania karty powołania.

Do woja marsz do woja…

Na początku października 1976 r. przyjechałem do Świecia nad Wisłą, aby odebrać bilet powołania do czynnej służby wojskowej. W naszym mieście zlikwidowano komendę uzupełnień i przyszło mi się samemu tłuc 65 km do miasta, w którym nigdy nie byłem. Z poborowych z Chojnic byłem sam. Już w autobusie zorientowałem się, wraz ze mną i w tym samym celu podróżuje kilku podobnych do mnie delikwentów z okolicznych podchojnickich miejscowości. Jeden z nich, straszny rozrabiaka, jak się później okazało, został w wojsku przyjacielem na dobre i złe. Samo miasto nie zrobiło na mnie pozytywnego wrażenia. Główna ulica, wokół usadowiły się czynszowe XIX wieczne kamienice i jedynie nowy wybudowany w jakimś nieokreślonym stylu autobusowy dworzec wyróżniał się pośród tej monotonności. Idąc główną ulicą w stronę wojskowych obiektów rozmyślałem dokąd skieruje mnie wojskowa służba. Nawet nie wiem kiedy wyrosła przede mną ceglana bryła WKU. Nie było żadnego żołnierza , a jedynie przy pobliskiej bramie prowadzącej do jednostki spacerował w pełnym rynsztunku wartownik z zaciekawieniem obserwujący nas wchodzących do budynku. Na piętrze w niewielkiej klitce, siedziało dwóch żołnierzy. Jeden z nich zawodowy, drugi ze służby czynnej. Podałem im swoją książeczkę wojskową i czekałem na rozwój wypadków. Będący w służbie zawodowej (czyt. trep) sprawdził dane z książeczki i porównał je z leżącą przed nim kartoteką, odebrał wezwanie, które mu wręczyłem i zwrócił się do mnie:

- Poborowy, nie chcecie pójść do armii na ochotnika… na uzupełnienie rocznika. Brakuje nam kilku.

Czemu nie pomyślałem. Co ma wisieć nie utonie. Dziewczyny nie miałem, a taka odmiana dobrze mi zrobi – myśli jedna za drugą kołatały po głowie.

– Zgadzam się – powiedziałem po chwili zastanowienia.

- Dobra nasza – wyraźnie ucieszył się żołnierz zawodowy.

- Podpiszcie mi jeszcze tu – podsunął mi jakiś druczek.

- Pójdziecie do marynarki wojennej…do Gdyni do 3 pułku zabezpieczenia sztabu. Zgłosicie się tam 13 listopada na dziewiątą rano – po czym wręczył mi bilet w jedną stronę. W drugą przyszło mi czekać dwa lata.

Po godzinie siedziałem w zdezelowanym Jelczu PKS, który prychając spalinami podążał w kierunku Chojnic. Matka wiadomość o moim wcieleniu do wojska skwitowała krótko:

- Nie jesteś pierwszy, ale i nie ostatni.

- Wiem – odparłem nic sobie nie robiąc z faktu, od którego moi koledzy uciekali jak diabeł od święconej wody.

Nazajutrz na pierwszej zmianie powiadomiłem mistrza zmianowego o moim powołaniu. Odesłał mnie do kadr, gdzie dowiedziałem się o wypłaceniu tzw. „wyprawki” i wykorzystaniu urlopu za przepracowany rok. Od poniedziałku od samego rana latałem po całym zakładzie z karta obiegową. Przed samą godziną czternastą byłem wolny od przepisów jakimi był obwarowany pracownik. Nawet nie zdawałem sobie sprawy ile podpisów musiałem zebrać, nie wyłączając nawet zakładowej biblioteki, o której nawet nie miałem pojęcia, że istnieje. W środę w kasie zakładowej odebrałem niezłe pieniądze za wyprawkę, która przysługiwała odchodzącemu do wojska. Po południu pękła pierwsza połówka w „Polonii” potem druga i trzecia. Koledzy z brygady nie mieli jeszcze dość. Padła decyzja:

- Zmieniamy lokal.

Wybór padł na „Bar gościnny” na osiedlu „Budowlani”, potem „Polonia” „Tur”. Nie pamiętam dokładnie, o której skończyła się nasza popijawa. Obudziłem się nazajutrz rano… w domu. Musiało być nieźle, skoro troskliwa matka w pobliżu mojego łóżka postawiła wielką miskę. To na wypadek, gdybym próbował pozbyć się treści żołądka. Na szczęście obyło się bez tego, jednak ból głowy nie opuszczał mnie do popołudnia. Wieczorem powtórka z dnia poprzedniego, i tak przez trzy dni, aż skończyła się gotówka. Wtedy do mnie dotarły wywody matki, ojciec o dziwo, nie prawił mi morałów.

- Co z tobą…co ty robisz - biadała matka.

- Nic mamo – odpowiadałem zgodnie z prawdą.

- Żegnam się z kolegami.

- Lepiej byś siedział w domu, a nie włóczył się po nocach – i tak w kółko od nowa.

Nawet się nie obejrzałem kiedy nadszedł czas zameldowania się w jednostce. Noc poprzedzającą wyjazd spałem nad podziw dobrze. Przed godziną siódmą rano pożegnałem się z matką i ojcem bez zbędnych ceregieli i czułości. Po dziesięciu minutach byłem już na dworcu. Na piątym peronie stała już lokomotywa z wagonami. Rzuciłem okiem na tabliczkę informacyjną na wagonie. Widniało na niej Chojnice – Tczew. Machnąłem przed nosem konduktorowi wezwaniem. Nie zareagował wcale, tak jakby codziennie jeździło setki poborowych. W wagonie nie było wiele osób. Parę kobiet i mężczyzn, pewnie jadących w swoich interesach, bądź do pracy. Z poborowych nie było… nikogo. Nic dziwnego, skoro na dziki pobór brakowało ochotników i poza mną i jak się wkrótce okaże, będzie tylko Wiesiek z pobliskiego Piastoszyna. Do Tczewa dojechaliśmy ok. 9;30. Po chwili podmiejską kolejką jechałem do Gdyni. Zapaliłem papierosa. Paliłem po ukończeniu 18 lat. Trochę z racji ojca, któremu wcześniej podbierałem „Żeglarze”, a później „Klubowe”. Tak więc odziedziczyłem ten niezbyt chwalebny nałóg niejako dziedzicznie. Zdudniły koła wagonu na rozjeździe i z piskiem hamulców długi skład wtaczał się na dworzec Gdynia – Główna. Otwierał się nowy, do tej pory dla mnie nieznany rozdział życia, który jak się później okaże, był jednym z najciekawszych.

W wielkiej poczekalni dworcowej w Gdyni zauważyłem kilku chłopaków, o których wiedziałem, że podobnie jak i ja nie stawili się w celach turystycznych. Nie zdążyliśmy nawet się dobrze zapoznać, kiedy dał się słyszeć stukot podkutych butów i jak spod ziemi wyrósł przy nas dwuosobowy patrol w marynarskich mundurach. Jeden z żołnierzy sprawdził nasze karty powołania i kazał czekać na dworcu na pojawienie się wojskowej ciężarówki, która miała zawieźć nas do jednostki.

- Co on tam pier … li – odezwał się niski krępy blondynek z wielką szramą na nosie. To był właśnie Wiesiu niezły rozrabiaka, a szrama na nosie, była pamiątką po jego wojowniczej naturze.

– Zanim ta ciężarówka przyjedzie zdążymy jeszcze co nieco wypić – powiedział ze szelmowskim uśmiechem. Niedaleko dworca jest sklep spożywczy a w nim widziałem „bełty”.

Co to były „bełty” wiedział każdy z nas. Nam nie trzeba było dwa razy powtarzać, tym bardziej, ze nasi adwersarze w mundurach zniknęli w zakamarkach dworca. Każdy z nas kupił po dwa wina. Pamiętam do dzisiaj ich wdzięczną nazwę. „Kordiał o smaku truskawkowym”. Po pierwszej butelce opróżnionej za sklepem przyszedł czas na drugą. Nikt nie był pijany, ale przyjemne ciepło i lekki szmerek w głowie pozwolił rozwiać nasze obawy, na które był każdy z nas narażony przekraczając bramę jednostki, do której otrzymaliśmy powołanie.

Na dworcu już na nas czekał „Star” obleczony plandeką. Na skrzyni siedzieli w zamyśleniu i milczeniu przyszli obrońcy ojczyzny.

– No koty, gdzie łazicie – zawołał kierowca na nasz widok gestem ręki pokazując nam skrzynie, na którą mieliśmy wejść.

- Chwila, podejdźcie tutaj – rozległ się głos jakby z boku.

Teraz dopiero zauważyliśmy stojącego z drugiej strony burty auta wysokiego żołnierza w polowym mundurze. Był to oficer, który był odpowiedzialny za poborowych.

– Piliście – odezwał się do Wieśka.

– A co nie wolno – odpalił mu bez namysłu.

- Jeszcze w wojsku nie jestem – no nie – zwrócił się do nas.

– No nie – odparłem.

– Noo – jakoś smętnie potwierdzili pozostali uczestnicy winnej biesiady.

Po chwili siedząc na pace podszytej wiatrem jechaliśmy pośród lasu, który się nagle skończył, a zastąpiły go betonowe bloki. Zatrzęsło skrzynią parę razy i stanęliśmy przed bramą, na której widniały wielkie białe litery Wojsko Polskie. Jednostka znajdowała się w dzielnicy Witomino, i nie było to miejsce naszego stacjonowania, a jedynie wyekwipowania. Stacjonować mieliśmy na górnym Oksywiu. Naraz padła komenda:

– Wysiadać!

Cyrk wariatów

Zeskoczyłem na asfalt, ciekawie rozglądając się dookoła. Znajdowaliśmy się na wielkim placu, wokół którego usytuowane były zabudowania. Dwupiętrowy długi blok, niski, i przysadzisty gmach sztabu i dowództwa. Tuż przy bramie wjazdowej znajdował się stadion sportowy, za którym jak zdążyłem się zorientować, znajdowały się garaże. Przy dyżurce, obok bramy wjazdowej znajdowała się kantyna przeznaczona dla żołnierzy. Skierowano nas do świetlicy. Po spisaniu personaliów, co poszło nad wyraz sprawnie ponownie kazano zając nam miejsce na ciężarowej skrzyni.

– Pojedziecie na Oksywie, do waszej jednostki. Chociaż podlegacie pod nas, będziecie na Oksywiu – instruowali nas żołnierze z czynnej służby, głupkowato się uśmiechając.

– Co ci tak wesoło – zapytałem jednego z nich.

– Zobaczycie co to znaczy dostać w …tu padło mocne dosadne określenie żeńskich narządów płciowych.

– Eee tam – dałem wyraz zwątpienia w prawdziwość jego słów i samochód ruszył trzęsąc niemiłosiernie. Z ciekawością obserwowaliśmy ulice Gdyni. Skończyły się skwery i zabudowania. Star z trudem piął się pod górę. Obłuże - mignął mi napis urzędowej instytucji na jednym z budynków. Miałem teraz wrażenie, że znajdujemy się w małym miasteczku. Po prawej stronie mijaliśmy port wojenny z jego dokami i dźwigami, po drugiej zaś małe co najwyżej dwupiętrowe z obdrapanymi tynkami domy. Nagle wąska asfaltowa droga urwała się jak ucięta nożem, a w jej miejsce pojawiła się wysypana żużlem lub miałem węglowym. Po jej obu stronach ciągnęły się już bezlistne krzaki i zarośla niemiłosiernie teraz ocierając się o brezentową plandekę. Ciężarówka zatrzymała się chyba ku uldze wszystkich. Zziębnięci siedzieliśmy skuleni. Zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz bębniąc o brezentowy dach.

– Z wozu – padła krotka komenda.

Niezdarnie zeskakiwaliśmy z paki skrzyni. Rozglądałem się ciekaw, gdzie przyjdzie mi spędzić najbliższe dwa lata mojego życia. Moje wrażenie nie było najlepsze. Być może miał na to wpływ posępny jesienny krajobraz mimo przedpołudniowej godziny, nieco zamglony. Być może było po części zasługą padającego deszczu, nie wiem, ale zrobiło mi się smętnie na duszy. Sama jednostka to cztery podłużne baraki usytuowane wokół centralnego asfaltowego placu. W przejściu pomiędzy naszym koszarowym barakiem, a barakiem batalionu wartowniczego znajdowała się kuchnia wraz ze stołówką i niewielkim placykiem. Kończył się on gwałtownie stromą piaszczystą skarpą, a w dole szumiały fale morskie. Po lewej stronie apelowego placu w podłużnym baraku znajdowała się kantyna, a zaraz obok izba chorych. Za barakiem, do którego miano nas przydzielić znajdowała się strzelnica, a z a nią już tylko morze. W oknach naprzeciw nas pojawiły się twarze żołnierzy nas obserwujących. Sam budynek do którego weszliśmy miał ok. 100 m. długości. Korytarz wyłożony biało – czarną kostką. Po jednej i drugiej stronie drzwi poszczególnych plutonów. Obite blachą - to magazyn broni. Podwójne prowadziły do nieco większego pomieszczenia nazywanego na wyrost salą gimnastyczną. Po przeciwległych stronach ulokowane były świetlica i magazyn szefa kompanii. Pośrodku korytarza znajdowała się spora wnęka nazywana kącikiem gospodarczym. Na wysokości ok. 30 cm od podłoża, na całej długości kiszkowatego hollu znajdowały się wnęki, gdzie były paleniska do kaflowych pieców. Gdzieś w połowie znajdował się stolik podoficera z telefonem i mikroskopijnym biurkiem. Staliśmy jak barany przed zarżnięciem i czekaliśmy na rozwój wypadków. Długo nie trzeba było czekać. Na początku, jakby nieśmiało zaczęli do nas podchodzić żołnierze prosząc o papierosy. Każdy z nas, oczywiście, jeżeli palił częstował proszących. Po chwili jednak pojawiły się stanowcze żądania pożyczenia drobnych kwot pieniędzy. Przytłoczeni nowym otoczeniem bez słowa sprzeciwu spełnialiśmy ich żądania. Zachciało mi się palić. Zapytałem przechodzącego żołnierza, gdzie tu można zapalić. Spojrzał na mnie jakby co najmniej zobaczył zjawę i wycedził przez zęby:

- Jeszcze możesz w kiblu, ale pospiesz się, bo niedługo będziemy was docierać.

Co mi tam jego docieranie i za chwilę z lubością zaciągałem się „sportem” nie mogąc wyjść z podziwu dla wojskowych toalet. Nie było kabin, tylko metrowe murki bez drzwi. Nie było również sedesów, tylko jakby misy wmurowane w posadzkę z miejscami na stopy. Byłem niezmiernie ciekawy jak w takiej pozycji załatwia się bądź co bądź najważniejszą w życiu człowieka potrzebę fizjologiczną. Moje rozmyślenia przerwał jakby okrzyk wariata. Ów wyraźnie modulowany dźwięk o sile głosu godnym zarzynanego wołu brzmiał:

- Pooobooorooowi po pięciu do strzyżenia.

Nagle w mój toaletowy azyl wkradł się inny głos jakiegoś pajaca w mundurze:

- Co k…wa was nie rusza? Podniosłem wzrok z miejsca gdzie dochodził glos. Ujrzałem debilną facjatę wykrzywioną grymasem.

- Nie …nie rusza powiedziałem patrząc mu w oczy.

Gdyby strzelił w tym momencie grom z jasnego nieba na moim adwersarzu nie wywarłby większego wrażenia.

– No jeb … ny kocie na samym początku będziesz miał przeje … ne!

Już nie mówił a charczał. Śmiać mi się chciało na jego widok. Chudy z wyciągniętą szyją robił śmieszne wrażenie. – Pomyślałem, gdybym tak cię strzelił w ryło fiknąłbyś nogami jak nic. Ale atmosfera niepewności i tego co nas czeka powoli zaczęła siać we mnie zwątpienie. Nie oglądając się na niego wybiegłem na korytarz. Na moje szczęście wszyscy moi nowi współtowarzysze byli na korytarzu. Wmieszałem się w tłum i szukaj wiatru w polu. Dobrze, że mój kiblowy prześladowca mnie nie szukał, bo i po co. Zapamiętał mnie i później się na mnie odegrał i to jak.

Miałem włosy prawie do ramiom zgodnie z wymogiem mody. Teraz siedziałem na taborecie owinięty skrawkiem materiału z żalem patrzyłem jak pod warkotem elektrycznej maszynki moje włosy, niczym pszenne łany pod kombajnem odchodziły w niepamięć. Po kilku minutach spojrzałem w lustro i …zdębiałem. Gdybym nie był pełna rozumu i zdolności postrzegania, to patrząc na odbite w lustrze odbicie nie wiedziałbym, że ja to… ja.

Co gorsza, gdy łysych głów przybywało wyglądaliśmy wszyscy jak spod masowej produkcji. Jedynie co jeszcze nas różniło to cywilne ciuchy, które zaraz mieliśmy wymienić. W tym celu wydano każdemu po brezentowym worku, do którego mieliśmy włożyć nasze ubrania nie wyłączając skarpetek i gaci. Stojąc nadzy tak jak stwórca nas stworzył, czekaliśmy na swoją kolejkę do kąpieli. Na całej kompanii nie znajdowało się więcej niż 10 prysznicy, więc o prawdziwej kąpieli nie mogło być mowy. W miedzy czasie poinformowano nas, że odzież cywilna, a wraz z nią wszystkie niepotrzebne rzeczy odesłane zostaną do naszych domów. Nadeszła moja kolejka pod prysznic. Nie wiem jak długo trwała ta czynność, ale z myciem nie miała nic wspólnego. Kawałka żółtawego mydła nawet nie zdążyłem zamoczyć kiedy padła komenda – wypad! i następni zajęli moje miejsce.

Owinięci ręcznikami, które dała nam już ojczyzna, wyglądaliśmy jak murzyni z opaską na biodrach. Kazano nam się ustawić przed drzwiami na końcu korytarza. Znajdował się tam magazyn umundurowania i pobierania (poza bronią) wszelakiego żołnierskiego ekwipunku. Z rozbawieniem patrzałem jak to się odbywało. A było to tak: przed drewnianą barierką stawał każdy pojedynczo. Za nią stał żołnierz i pytał się o rozmiar butów, wymiary w pasie itp. Po ich usłyszeniu wrzeszczał w głąb magazynu. Za chwilę w jego kierunku frunęły spodnie, bluza zwane „moro” onuce, skarpety, i inne dodatki, o których nikt z nas nie miał pojęcia. Pochwali ta gromada dóbr wszelakich lądowała na wyciągniętych rękach poborowego po sam czubek nosa, pozbawiając go zdolności widzenia. Na sam koniec na głowę nasadzono plecak, co wzbudzało liczny rechot zgromadzonej „rezerwy”. Ta z kolei komentowała to w niewybredny sposób, utrudniając wyjście z magazynu. Ubieraliśmy się na korytarzu. Ciekawe, iż mimo podawania rozmiarów dostaliśmy akurat odwrotnie do postury rzeczy. Wymienialiśmy je między sobą. Przeważnie ci niżsi wzrostem dostało o wiele większe spodnie i bluzy i odwrotnie. Wśród nas przechadzali się żołnierze starszego rocznika. Również przede mną stanął stary wiarus i jak mnie nie złapie za skórzany pas, który przed chwila wyfasowałem i założyłem.

– Tak się pasa nie nosi – stwierdził. Urwie ci jaja – po czym zręcznie mi go odpiął i przesunął prawie na wysokość klatki piersiowej. Nie zapomniał przy tym mocno go zacisnąć, tak, że zaczęło brakować mi tchu. Po chwili zajmował się następnym, a ja dyskretnie poluźniłem go co najmniej o dwie następne dziurki. Rozejrzałem się wokół siebie. Wszyscy dzisiejsi poborowi, którzy ze mną przybyli wyglądali jak snopki zboża w połowie ściśnięci sznurkiem żniwiarza. Pewność, którą mieliśmy będąc jeszcze w cywilnym odzieniu zniknęła po umundurowaniu nas. Zaczęto wyczytywać nasze nazwiska ustawiano w szereg. Nie obyło się przy tym bez wrzasków:

- Co tak stoicie jak by pijany koń szczał.

Nikt z nas oczywiście nie wiedział o co im się rozchodzi. Po chwili już uświadomieni wiedzieliśmy, że stoimy nierówno jakby pijany koń szczaniem wytyczył nam linię. Ta jednak prosta układała się wedle kostki terakotowej i to według niej mamy się ustawiać. Przed frontem zebranym pojawił się mały blondynek robiący miny chyba mające uchodzić za groźne. Z minami mu nie wychodziło, ale z głosem za to koncertowo. Naraz jak nie huknie niczym z armaty:

– Nazywam się mat Gniady i to ja będę waszym dowódcą, oczywiście poza dowódcą plutonu, a jest nim chorąży Zieliński, którego poznacie.

Naraz z drugiego szeregu dało się słyszeć rżenie przypominające ogiera. Bractwo wybuchło śmiechem, a w mata jakby diabeł wstąpił.

– Caaałość padnij – ryknął.

Zrobił się tumult i zamieszanie, bo nikt nie potrafił wykonać komendy, i nikt z nas nie miał zamiaru kłaść się na zimnej posadzce. Nagle jak spod ziemi wyrośli przy nas rezerwiści. Ci bez zbytniego patyczkowania łapali nas za poły moro i przewracali na ziemie. Zdążyłem sam paść nie korzystając z wątpliwej pomocy. Leżąc z nosem przy podłodze usiłowałem zobaczyć, czy wszyscy już przyjęli pozycję poziomą. Wobec komend:

– Nie podnosić łbów i komplementów w stylu – pier … lone koty żartów im się zachciewa i że od teraz będziemy mieli przej … ne i będziemy przeklinać dzień, w którym nas matka urodziła – odstąpiłem od zamiaru obserwacji.

– Leżą ku … wa …leżą ojcowie i się nie ruszają – słychać było na korytarzu.

No niezły cyrk i co ja robię w tym domu wariatów zastanawiałem się leżąc na chłodnej posadzce. Długo jednak nie zaprzątałem sobie głowy rozmyślaniami, bo padła komenda:

- Powstań – padnij i tak z kilka razy.

Tego do tej pory w swoim dziewiętnastoletnim życiu nie przerabiałem, za to w niedługim czasie miałem normę wykonaną na długie lata. Przy drzwiach wejściowych zrobiło się spore zamieszanie. To kilku spóźnionych pod niezłą datą wtoczyło się na kompanię. Na to tylko czekali rezerwiści, którzy niczym stado psów obstąpili maruderów. Ci widząc nas na ziemi i wrzeszczących wokół nich zgłupieli do reszty. Działo się to przy cichej aprobacie kadry wojskowej, bowiem byli obecni: szef kompanii, dowódcy plutonów i dowódca kompanii. Znacznie później dowiedziałem się, ze obowiązywał cichy układ pomiędzy nimi. Stare wojsko przyjmowało poborowych, a oni nie wtrącali się do naszego edukowania przez nich. Musieli mieć w tym niezłą wprawę skoro po kilku minutach pomogli spóźnionym zażyć - jak nam później powiedzieli – kąpieli z lodowatą wodą skierowaną na nich z gumowego węża. Nazywało się to ponoć „parowaniem alkoholu”. Chyba było to skuteczne na tyle, że bardzo szybko dołączyli do nas.

Poprowadzono nas do sali żołnierskiej. Była to spora izba z piętrowymi łóżkami, przy których stały taborety, jak się później okaże, poza wiadomą rolą pełniły szereg innych praktycznych zastosowań, ale o tym mieliśmy przekonać się w swoim czasie. Odległość między łóżkami wyznaczały metalowe szafki z szufladą. Na jednej ze ścian wisiały metalowe wieszaki wyglądem przypominające mi haki w sklepie wędliniarskim. Podłoga z desek napastowana i wyfroterowana w kostki i kółeczka dopełniała obrazu pomieszczenia. Poza wielkim kaflowym piecem w rogu, więcej w izbie nic nie było.

To jest wojsko a nie cyrk

Gniady przydzielał nam po kolei łóżka, które jak określił w żargonie wojskowym nazywane są „kojami”. Biada nam, jak złapie któregoś z nas w ciągu dnia na nim siedzącym. Dostałem górne łóżko „na piętrze” co okazało się później nie takim złym wyborem i miało swoje dobre strony. U wezgłowia znajdowała się kartka z nazwiskiem i imieniem zajmującego kojo. Słuchałem instrukcji jak należy ścielić kojo, i co zrobić, aby zasłane było regulaminowo. W tym celu należy m.in. „wyprasować: je blatem taboretu, a prześcieradło w części dolnej nie może być większe niż szerokość zeszytu. Wydawało mi się to tak idiotyczne, ze parsknąłem śmiechem. W moją stronę ruszył mat Gniady nasz dowódca i wychowawca jak się określił. Wiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie, bo jak zauważyłem znajdowałem się w specyficznym miejscu, gdzie cywilne zasady nie miały racji bytu.

– Wy –odezwał się do mnie. Patrzałem na niego zbaraniały, bo nie wiedziałem czego się domaga. – Kur…a mowę wam odebrało?

Muszę przyznać, że określenie kur …a było obecne w każdej odzywce, napomnieniu.

- Nieee – beknąłem jak baran.

– No to dobrze, bo już myślałem, że tak.

- Na nim – tu wskazał na mnie palcem pokażę jak należy się zachować, kiedy się do was zwracam.

- Czy to jasne – ryknął w stronę sali. Dało się słyszeć: - jasne… no…. Tu mat gestem ręki przez podniesienie do góry nakazał ciszę. Zaczął nas uświadamiać, a nawet porównał siebie do wołu co to pierdzi, a nas do obory co to słucha. Podobnych porównań było znacznie więcej, co pewnie stanowiłoby niezły materiał do opublikowania pracy naukowej z tematu odzywek wojskowych. I tak już nam wiadomo było, że: nikt nie odzywa się bez zapytania. Nie wychodzimy z sali bez pozwolenia. Palenie jest zabronione, no chyba, że na rozkaz. Wykonujemy wszystkie polecenia bez dyskusji. Rezerwa ma prawo nieograniczone w swoich zamiarach do nas itp. Słuchając tego osobliwego monologu, wiedziałem, ze nie będzie łatwo. Jednak pocieszałem się, że skoro inni przeżyli, to moje dwa lata szybko zlecą i na powrót będę w cywilu. Nie minął jeszcze dzień, a ja już myślami chciałem wrócić tam, skąd przyjechałem.

– Za chwilę – dobiegły mnie słowa – udamy się na obiad, a po nim dalsza część pytań i przystosowania was do życia w koszarach. Od jutra zaczynamy szkolenie młodego wojska, a dzisiaj macie jeszcze spokój – dodał ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.

Większe wrażenie zrobiła na nas pespektywa zjedzenia pierwszego wojskowego obiadu, nie tyle z głodu, co z ciekawości. Po jako takim ustawieniu nas w szereg udaliśmy się w stronę niedaleko położonej stołówki. Było to sporych rozmiarów pomieszczenie wyglądem przypominające podrzędną restaurację. Stoliki czteroosobowe pokryte ceratą, twarde taborety. Jedynie stoły kadry miały białe serwety z mikroskopijnym wazonikiem ze sztucznymi kwiatkami. Całą jedną ścianę zajmowały dwa olbrzymie jakby okna z szerokimi parapetami. W jednym z nich pobierało się obiad, z kolei w drugim oddawało naczynia. Przy drzwiach wejściowym w wiklinowym koszu jakby, do bielizny leżały sterty pokrojonego chleba. Na nas z obiadem czekano specjalnie, bowiem w tym dniu zaplanowany był na szesnastą, później zawsze z dokładnością zegarka wydawany był o czternastej. Staliśmy w długim ogonku. Zbliżając się do miejsca wydawania każdy pobierał trójkątną metalową tacę, na której to donosił posiłek do stołu. Niezbędników jeszcze nie otrzymaliśmy, ale już nas pouczono, że jest on najbardziej ważny dla żołnierza. To mądre urządzenie, jak się później przekonałem, mieściło w jednej obudowie i nóż, widelec oraz łyżkę, a także otwieracz do konserw. Póki co wydano nam po aluminiowym widelcu i łyżce. Obiad pobierało się na zasadzie taśmociągu, trzech kucharzy, każdy osobno nakładał swoją działkę do miski i talerza z tworzywa sztucznego. Kubek ogromy prawie litrowy napełniony wodą o słodkim smaku miał imitować kompot. Samo jedzenie nie było złe. Przy stoliku siedziało nas czterech. Nie znaliśmy się jeszcze dokładnie, lecz wiedzieliśmy już, że jedziemy na tym samym wózku. Przez całą moją służbę wojskową żywiono nas bardzo dobrze, a nawet dostawaliśmy drugie śniadanie dowożone na strzelnicę czy do „małpiego gaju” zmory wszystkich żołnierzy. Parujący zapach grochówki suto okraszonej skwarkami i nie mniej apetycznie wyglądający dobrze wysmażony mielony klops na chwilę sprawił, iż poczułem się jak w domu. Jeszcze nie zdążyłem dokończyć zupy, kiedy padła komenda:

- Koniec jedzenia powstań!.

Od tego momentu w okresie unitarnym zawsze zaczynałem jedzenie od drugiego dania, a zupę wypijałem w kolejce ze zwrotem naczyń. Nie byłem w tym osamotniony, a reszta żołnierzy ze starego rocznika traktowała to jak coś naturalnego. Po zakończonym posiłku poprowadzono nas nad brzeg skarpy i w kierunku morza złożyliśmy głośny meldunek, aby słyszał nas obywatel „Fiury” na Helu, co było kompletnym nonsensem, ale ponoć taka była tradycja.

Szara rzeczywistość, czyli ciąg dalszy …

Przez trzy miesiące bez względu na pogodę powtarzaliśmy tą czynność, a mnie nigdy nie udało się dowiedzieć, kto to był ów tajemniczy „Fiury”. Po przyjściu z obiadu na kompanię zbiórka. Tym razem w naszej sali żołnierskiej. Tyrada mata Gniadego, który do pomocy dostał mata Kochańskiego. Wysoki, postawny o twarzy cherubinka. To on później mnie „docierał” z tym swoim anielskim uśmiechem na pięknym licu.

– Bez zezwolenia nie robicie nic – dal się słyszeć głos pomocnika dowódcy plutonu.

– Jeżeli chcecie udać się za potrzebą to procedura wygląda następująco:

- S tajecie dwa kroki przede mną i na baczność, rączki przylegają do ud, donośnym głosem meldujecie:

- „Obywatelu mat marynarz pi … da prosi o wybiegnięcie z szybkością światła na wysokości lamperii celem odcedzenia kartofelków”. Odnosiło się to w wypadku parcia na pęcherz. W przypadku parcia na kiszkę stolcową formuła wyglądała podobnie z małym wyjątkiem, że zamiast odcedzenia kartofelków należało powiedzieć …w celu przejrzenia jadłospisu.

Było to dla mnie nowe i …głupie. Zastanawiałem się kim byli w cywilu nasi „wykładowcy” skoro gadali jakby byli niespełna rozumu. Dopiero później zrozumiałem, ze oni podobnie jak i ja później byli kontynuatorami specyficznej tradycji wojskowej. W związku z meldowaniem i pozwoleniem załatwienia potrzeby fizjologicznej śmiało zbliżyłem się do Kochańskiego i wyrzuciłem jednym tchem:

- Obywatelu macie… stop…stop wystękał po czym ryknął na mnie:

- Macie…macie to ch …ja w gaciach… po czym rozkazał:

– Poprawnie meldujcie…

Zrozumiałem, że trzeba zawsze używać określenia mat, a nie macie. Jakoś ta lekcja zapadła mi w pamięć i już nigdy nie popełniłem pomyłki w przeciwieństwie do moich współtowarzyszy z plutonu. W ubikacji spotkała mnie niespodzianka i to niezbyt miła. Kiedy korzystając z chwili spokoju zaciągnąłem się papierosem, zobaczyłem w umywalni żołnierza postura i ruchami przypominającą mi …goryla. Później już wiedziałem, ze miałem do czynienia ze starszym marynarzem Gilą bodajże pochodzącym z Tczewa. Nie wiem jak to się stało, że go wcześniej nie zauważyłem, usłyszałem tylko krótkie szczeknięcie:

- Padnij!

Protestować nie było sensu, a tym bardziej stawiać jakiegokolwiek oporu. Rezerwa przy pomocy vice – rezerwy skutecznie tłumiła wszelkie przejawy oporu „kociarstwa” wobec żołnierzy ze starszego rocznika.

– Jedzie pompki … jedzie – darł mordę jak opętany.

Podniosłem się na rękach i opuściłem, potem raz drugi, trzeci.

– Co wy ku … wa babę pier … licie. Ja was nauczę pompek!

Złapał mnie za pas, podniósł i opuścił… coś tak kilka razy.

- Słuchaj młody, po każdym wykonaniu zadanych pompek wstajecie i meldujecie:

- Ja marynarz pi … da melduje wykonanie 30 pompek celem podniesienia sprawności fizycznej na zbliżającą się olimpiadę w Moskwie, w jeździe figurowej na lodzie na skurwiałym Kaszubie.

- Powtórzcie - rzucił zadowolony.

Jakoś wystękałem ten szczególny tekst dokładnie jak sobie zażyczył. Przy końcu, kiedy powiedziałem Kaszubie, w niego jakby diabeł ponownie wstąpił.

– Co nie lubicie Kaszubów, wiecie skąd jestem z cywila…jestem z Tczewa, nabijasz się ze mnie…to padnij i jedź z 30 pompek. Zaraz wracam – usłyszałem trzaśnięcie drzwi.

Ale cyrk wariatów myślałem i pompek nie robiłem, bo zaledwie po kilku godzinach, wiedziałem już, że trzeba jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać to co do ciebie mówią. Usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi, które otworzyły się z hukiem.

…26… 27…28…29… 30 liczyłem głośno, kątem oka obserwując co będzie dalej.

– Powstań – padł rozkaz.

Gila nie był sam. Przyprowadził kolesia, na moje rozeznanie niezłego cwaniaczka. Pomny konieczności wydukania formułki zacząłem:

… i kiedy dobiegłem końca, chcąc mu zaimponować, powiedziałem tym razem: …na skur … iałym hanysie. Teraz to dopiero rozległ się ryk:

- Kocie pier … olony – to ryczał koleś Gili

– Wiesz skąd jestem z cywila… Gówno mnie to obchodziło. Miałem już po dziurki w nosie robienia ze mnie pajaca. Robiąc dobrą minę do złej gry powiedziałem – nie!

– Zapamiętaj kut … sie, jestem z Katowic, ze Śląska!.

Teraz wiedziałem, że strzeliłem gafę. Jak się później okazało, zawsze było na odwrót. Ale była to ze strony rezerwy gra celowa polegająca na zastraszeniu młodego wojska. Moja długa nieobecność w plutonie zaniepokoiła mata Gniadego, który na mój widok w kiblu, zarżał z radości:

– A ten ku … wa za co ma prze … bane.

- Za miłość do ojczyzny – odpowiedział mu Gila.

– Spier … aj na salę – usłyszałem i już mnie nie było.

Podczas mojej nieobecności zaczęto tłumaczyć pozostałym, co będzie, kiedy poskarżą się oficerowi politycznemu, który raz w tygodniu odwiedzał kompanię. Porucznik Gołębiewski suchy i żylasty miał marsowe oblicze. Do końca służby nie miałem z nim kontaktu, a nam nie przyszło nawet go głowy, aby kogokolwiek ze starszego rocznika zakapować.

Nadchodził wieczór. W ferworze dnia nie pozbawionego dla mnie pewnego wstrząsu psychicznego godziny nie miały znaczenia. Po kolacji, która składała się kawałka wędliny, dżemu i kawy z mlekiem ogarnęło nas zadowolenie, że dadzą nam pospać. Nic z tego. Wieczorny cyrk, który nas czekał niebawem przyczaił się w zakutych łbach naszych matów. Zaczęło się od obowiązkowego oglądania dziennika telewizyjnego. Wielkie pudlo kolorowego telewizora marki „Rubin” znajdowało się na świetlicy. Kilka stolików po bokach, gazetki ścienne podkreślający nierozerwalny sojusz polsko – radziecki. Na frontowej ścianie wielki orzeł, wtedy bez korony. Sama procedura wejścia na świetlicę wyglądała następująco: wchodzimy dwójkami. W prawej ręce taboret po to, aby gdzie było umieścić swoje siedzenie. Już w progu należało przyjąć postawę na baczność i lekkim skinieniem głowy pokłonić się godłu. Następnie siadamy po pięciu w rzędzie. Główka wyprostowana, kolanka złączone a na nich rączki.

– Z uwagą obserwują i słuchają – słychać polecenia – niech nikt nie waży się przysnąć, w przeciwnym razie padnie komenda: łeb zmoczyć!

Wtedy wywołany po nazwisku delikwent wybiega do umywalni moczy głowę i wraca na świetlicę – grzmiał – Gniady.

Kochański dodał:

- W razie stwierdzenia ponownego przyśnięcia „podpadziocha” w moro wchodzi pod prysznic, a po chwili melduje się u mnie.

Słuchałem debilnych instrukcji przezwyciężając sen. Na szczęście w pierwszym dniu nikogo zaszczyt moczenia łba nie dotyczył. Za to klika dni później każdy z nas miał wodny chrzest za sobą. Po dzienniku bodajże do godziny 21 szkolenie teoretyczne w sali żołnierskiej na temat wojska.

– To nie fabryka gwoździ, ani żyletek. Tu nie ma kolegów, ponieważ w cywilu wielu z was nawet psa nie miało. Porządek musi być jak pi … da anioła, a podłoga musi lśnić jak psu jajka – i tak aż do znudzenia.

Chłonąłem to z nabożnym podziwem, bo za cholerę nie mogłem sobie wyobrazić jak wygląda anioł, a cóż dopiero jego pewna część ciała. Błyszczące jajka jakoś łatwiej było mi sobie wyobrazić, a już za cholerę nie rozumiałem gadki o gwoździach czy żyletkach. Za to chciało mi się palić. Podniosłem rękę i widząc zgodę mata jednym tchem wyrecytowałem:

- Marynarz pi … da zwraca się z zapytaniem:

- Taa - rozległo się spod pieca tonem łaski

– Jak jest z paleniem?

Hm – wystękał – jest specjalna komenda dla palaczy. Gdy padnie, to palacze wybiegają z sali, chwytają wielki kosz stojący przed kompanią i pędzą na złamanie karku w kierunku klombu. Najlepiej przećwiczymy to od razu – i jak nie wrzaśnie:

- Paaalacze przygotowanie do palenia, po chwili – do palarni biegiem marsz.

Na te słowa komendy rzuciliśmy się do drzwi. Dwóch przytomnych w biegu porwało wielki metalowy kosz i po chwili byliśmy przy klombie. Uformował nadchodzący Kochański nas w dwuszereg. Pierwszy na jego komendą odwrócił się twarzami do pierwszego. Padł rozkaz:

- Pierwszy szereg częstuje drugi szereg!

Ci co palili gorączkowo wyjmowali papierosy z kieszeni i częstowali drugich. Przebiegłość naszego „opiekuna” dała znać po chwili.

– Wy – rzucił w kierunku niepalącego – czemu nie palicie?

– Bo … bo … bobo to był rowerek jak byłem mały – skwitował mat.

- A może nie macie papierosów? – podsunął mu swoją paczkę.

– Ale ja nie palę - wystękał nieszczęśnik.

- Cooo? – nie palicie? to po jaką cholerę tu jesteście – ryknął mu nad głową.

- Kto jeszcze nie pali – odezwał się do nas.

Podniosło się kilka rąk.- Na czas palenia kolegów robicie przysiady w wyciągniętymi rękoma, odechce się wam podszywania za palaczy – obwieścił.

Zapaliliśmy. Rozkoszowałem się dymem, gdy nagle natura Kochańskiego nie uznawała litości dając znać o sobie kolejna komendą.

– Lewe płucko…prawe płucko…za tatusia…za mamusię. A teraz na komendę chmurka - zbijacie się w ciasna gromadkę i wypuszczacie razem dym do góry.

Kręciło mi się w głowie od łapczywych zaciągnięć tytoniowym dymem. Na niebie świeciły gwiazdy migocąc zwiastując nadejście mrozu. Na zewnątrz było chłodno. Po chwili zauważyłem zamarznięte kałuże wody. Staliśmy trzęsąc się z zimna, dopóki nie padła komenda:

– Do sali biegiem marsz!

– Wróć! - zabrzmiało jak krótkie szczeknięcie.

– A kosz kto weźmie! Ja?

Najbliżej stojący porwali ciężki kosz pędząc w kierunku baraku. Zadudniły żołnierskie buty na korytarzowej posadzce. Ciepło buchające od pieca rozleniwiło nas wszystkich, byliśmy ciekawi jak też będzie wyglądać nasza pierwsza noc w szeregach sił zbrojnych naszej ukochanej ojczyzny. Około godziny dwudziestej pierwszej padła komenda – wojsko przygotowuje się do mycia. Zdziwiło mnie to trochę, bowiem taka prosta czynność jak mycie nawet dzieciom nie sprawia kłopotu, a cóż dopiero nam. Okazało się, że byłem w błędzie i to wielkim. 10 minut czasu dostaliśmy od dowódców drużyn na wzięcie ze sobą środków czynności i wełnianych skarpet.

Onuce mieliśmy w plecaku i były one nieobowiązkowe, tzn. mógł je nosić każdy, kto się nauczył je zakładać. Nastąpiło to o wiele później i ja również wolałem flanelowe onuce zamiast tradycyjnych skarpet.

– Zbiórka przed umywalnią!

Po chwili tłoczyliśmy się przed metalowymi korytami spełniających rolę umywalek. Do dyspozycji była tylko zimna woda. Praliśmy te skarpety w zimnej wodzie, a mydło za cholerę nie chciało się pienić. Przemyłem twarz, zamoczyłem jedną nogę, bo na drugą już nie było czasu i wypad na izbę. Całe to mycie przypominało mi cyrk wariatów. Bo jak w pomieszczeniu niewiele większym od pokoju, o wymiarach pięć metrów na pięć można upchnąć 40 zdrowych młodych mężczyzn, przy tym dając każdemu na dokładne umycie jedną minutę. W konsekwencji tego, wielu nawet nie zdążyło zamoczyć rąk, a gdzie tu mówić o myciu. Same środki czystości znacznie różniły się od tych w cywilu. Dwie szczotki do butów z których jedna z twardym włosiem, druga z miękkim. Maszynka do golenia, żyletki „Barbie”, które jak podejrzewam, były już tępe po wyprodukowaniu. Mydełko do golenia, pasta do butów.

Z goleniem to była niezła heca. W zimnej wodzie i przy braku dostatecznego czasu za nic w świecie nie dało się pozbyć zarostu. A sprawdzano skuteczność tej czynności kartką papieru. Najczęściej mat Gniady przykładał kartkę z zeszytu do naszej brody i lekko ją przesuwał. Nie daj Boże kiedy papier nie przesuwał się gładko, a że nie mógł, toteż każdy z nas otrzymywał bzdurną karę w postaci pompek i przysiadów, jak to określał mat:

- Za lecenie w ch … ja.

Wśród nas nie było nikogo, kto by nie doświadczył podniesienia sprawności fizycznej z racji niedokładnego ogolenia. Nie mogłem się doczekać ciszy nocnej, która obowiązywała od godziny dwudziestej drugiej do szóstej rana dnia następnego. Próżne to były nadzieje. Po powrocie z umywalni zaczął się wykład o prawidłowym złożeniu umundurowania w „kostkę”. Kostka to nic innego jak blat taboretu, na którym kładliśmy mundur przed snem. Musiał on tak być złożony, aby nie wystawał nawet na centymetr poza jego krawędź. Nie była to łatwa sztuka, i nie było dnia, gdzie tego powodu odwlekano nam ciszę nocną. Po jako takim złożeniu padła komenda:

- Na kojo raz!

Ci co spali na dole, niczym Wszoła na olimpiadzie potężnym susem wskoczyli do łóżek. Ja i pozostali mający łoża na górze, niezgrabnie ładowaliśmy się do góry.

- No nie … ku … wa - rozległ się głos kilku rezerwistów przebywających na sali, żądnych widowiska.

- Tak macie ładować się na górne koje – powiedział jeden z nich i zademonstrował jak należy kłaść się na górnych łóżkach. Po chwili wszyscy niczym trusie leżeli pod prześcieradłem, na które trzeba było rozwinąć filcowy koc, mając namiastkę cywilnej pościeli.

- Dobranoc wojsko!

Dało się słyszeć od wychodzących rezerwistów.

- Dobranoc – rzuciło kilku z nas mając nadzieję na sen.

Nagle rozległ się głos naszego mata:

- Cooo jest? wojsko nie zmęczone, że mu się jeszcze gadać chce!

- Z koja raz! – jak nie ryknie.

Rozległ się odgłos skaczących z góry, ci z dołu już stali przed łóżkami.

- Na kojo raz! – tym razem poszło sprawniej i leżeliśmy jak trusie.

- Dobranoc wojsko – rzucił Gniady wychodząc i gasząc światło.

Pomni wcześniejszej nauczki leżeliśmy cicho. Rozbłysło światło a niedawno żegnający mat wrzeszczy:

- Co wojsko się gniewa, bo nie odpowiada!

- Z koja raz – na kojo dwa!

I tak kilka razy. Widocznie zabawa mu się znudziła, bo rzucił tylko – spać ku…wa! i już go nie było.

Leżałem w milczeniu podobnie jak i reszta. Nikt z nas się nie odzywał, bo i po co. Każdy na swój sposób rozmyślał nad przeżyciami minionego dnia. Różne myśli kołatały mi po głowie. Kiedy pomyślałem, że przyjdzie mi tu spędzić dwa lata ciarki przeszły mi po plecach. Jak w kalejdoskopie zaczęły mi się przesuwać w myśli obrazki z dzieciństwa, kolonii i ostatnich dni w cywilu. Pomyślałem o rodzicach, dalekich ciotkach i wujkach i zapadłem w sen.

- Pooobudka! – wstawać – docierało do mnie jakby z oddali.

Okrzyk ten raz się oddalał, raz przybliżał, świdrując umysł. Otworzyłem oczy. Wzrok padł na biały sufit. Gdzie ja jestem? Po chwili gwar odgłosów dochodzących z sali z całym bólem uprzytomnił mi, że jestem w wojsku. Na dole już rządził gniady. Szybko zeskoczyłem z koja. Na spodenki gimnastyczne i podkoszulkę zabroniono nam zakładać workowatego zielonego dresu. Wychodzimy na zaprawę. Zbiórka na korytarzu! Ustawialiśmy się niezdarnie, jeszcze z resztkami snu.

- Pluton na zaprawę!

Padający śnieg i lekki mróz całkowicie pozbawił mnie resztek snu. Na zewnątrz panowały ciemności. Jedynie plac apelowy rozjaśniony kilkoma lampami i pobielony świeżo spadłym śniegiem był widoczny. Biegaliśmy wokół niego z piętnaście minut. Gniady się nie wysilał. Stał w miejscu. Chyba mu było zimno, mimo założonej panterki z imitacją futra przy kołnierzu, bo po chwili stojąc w kompanijnym oknie dyktował nam tempo. Co ciekawe nikt z nas się nie dziwił tej rannej zaprawie. Myślę, że już wtedy wiedzieliśmy, że o żadnym proteście nie może być mowy, a spełniając polecenia nie narażamy się na szykany. Jak szybko można zmienić psychikę człowieka, a on sam szybko potrafi się dostosować do nowych warunków. Jeszcze dwa dni temu było to nie do pomyślenia, a dzisiaj biegam w gaciach po śniegu.

- Człowiek nie świnia wytrzyma wszystko – podkreślał przy lada sposobności mat Kochański. Kombinowałem jakby tu zapalić papierosa. Wybiegając na zaprawę odruchowo chwyciłem paczkę „sportów” i zapałki licząc, ze uda mi się gdzieś odpalić. I nie pomyliłem się. W końcu placu, w dość znaczącej odległości od okien kompanii znajdowała się wielka tablica z objaśnieniami zasad prawidłowego zachowania się na strzelnicy. Była ona na tyle spora, że po chwili biegnąc odskoczyłem od reszty i już po chwili chowając się za nią ćmiłem papieroska. Po kolejnym okrążeniu dołączył do mnie Wiesiu. Rechocząc ze śmiechu, że się nam udało, przy ostatnim obiegnięciu placu dołączyliśmy do reszty nie będąc zauważonym przez naszego mata. Zawsze, gdy tylko była taka możliwość korzystałem z tego miejsca, na tyle skutecznie, że nikt nigdy mnie na tym nie przyłapał.

Dalsza część wspomnień tutaj: 

(red)