1945 do 1988 
Pierdykniem, bo odwykniem ...

 

Restauracja Rybna - popularne rybki przy dawnej ul. Świerczewskiego.

Lata 70 wzbogaciły rodzinny język o pijackie określenia ściśle związane z epoką PRL. To wtedy na topie były powiedzenia: „Vistula – zboże wymłóci, chłopa przewróci”, Pierdykniem, bo odwykniem”, czy „Kto nie pije i nie łyka – czysty obraz nieboszczyka”.

Aluzją do popularnych wódek było powiedzenie: „Popłynąć jak Vistulą do Balticu” (nazwy popularnych wódek). Wódeczka spożyta o poranku nosiła nazwę śniadanie robotnika, hydraulika itp. Piwo zwano szampanem klasy pracującej, utrwalaczem, a zasiarczone wino nie wiadomo czemu ochrzczono mianem J – 23. Pito wszędzie – w domu, restauracji, zakładzie pracy, czy pod chmurką. Na początku lat 70 jako nastolatek podjąłem

Plakat z PRL.

pracę w jednym z chojnickich przedsiębiorstw. Do pierwszej wypłaty traktowany byłem jak …powietrze. W dniu otrzymania poborów w sklepie monopolowym przy ul. Świętopełka w godzinach przedpołudniowych (umowna godz. 13 na sprzedaż alkoholu obowiązywała w późniejszych latach) nabyłem 2 butelki czystej tzw. „strażackiej” i butelkę Jarzębiaku jako „wkupne” do brygady. Nie muszę dodawać, iż impreza odbywała się w godzinach pracy przy akceptacji kierownika, który raz po raz wnosił toast za młodego, czyli mnie. Byłem wtedy kawalerem, a zarobione pieniądze szły na przelew, nie tyle bankowy, co gardłowy.

Kampania antyalkoholowa widoczna była na plakatach.

Tato nie wraca ranki i wieczory, bo tato dostał pobory” – głosiła popularna rymowanka, a z kolei inna brzmiała: „Na podwórzu jest kałuża, z tej kałuży się wynurza, czy to kaczka? Nie! Czy to pies? Nie! – to tata, bo dzisiaj wypłata”. Alkoholizm stawał się dramatycznym problemem społecznym. W pierwszej części dekady spożycie mięsa wzrosło o 50 proc, a alkoholu o 70 proc! W 1975 r. statystyczny rodak wypił blisko 8 litrów czystego spirytusu, czyli dziewięć razy więcej niż przed 1939 r. Nic dziwnego, skoro w drugim zakładzie, w którym przepracowałem 17 lat, wódka była obecna nawet na stanowisku pracy. Oczywiście nie na pokaz, a ukryta w zakamarkach, szafkach, a nawet w maszynie produkcyjnej, przy której pracowałem. Pili wszyscy, być może na to miało wpływ przekonanie, iż ten co nie pije to…donosi. W czasie godzin pracy nieraz za zgodą przełożonych wymykałem się po wódkę, by po jakimś czasie rozpijać ją na stanowisku pracy. Nie przypominam sobie, aby byli pośród nas jacyś abstynenci.

Picie stawało się coraz powszechniejszą formą spędzania wolnego czasu. Obojętnie, czy były to wczasy, czy też spotkania biesiadne przy rodzinnym stole. Nie pamiętam też, abym bez kolejki kupił alkohol w słynnych, a

Plakat z okresu PRl.

nie istniejących już chojnickich „Delikatesach”. Zawsze przy stoisku monopolowym panował tłok. Nieco mniejszy, a przy odrobinie szczęścia żaden, panował w sklepie monopolowym przy ob. ul. Piłsudskiego, Świętopełka, czy Drzymały. W 1976 r. jeden punkt sprzedaży alkoholu przypadał na 590 mieszkańców, w tym na 347 osób w wieku produkcyjnym.

Kiedy rok później w szeregach Ludowego wojska Polskiego próbowano przeciwdziałać zgubnym skutkom picia wódki rozwieszając plakaty z napisem „wódka to twój wróg!” od razu dopisałem „dzielny żołnierz nie boi się wroga!”. Tak dalece, mimo młodego wieku zakorzeniona była we mnie potrzeba picia. Powszechny obyczaj alkoholowy był przyczyną panoszącego się brakoróbstwa, a co za tym idzie, niskiej wydajności pracy. W liście do jednego z tygodników wydawanego w latach siedemdziesiątych – czytamy: „Mam 20 lat, pracuję jako sprzedawca w sklepie monopolowym. Dział otwieram o godz. 9:00. Już od godziny 8:00 ustawia się kolejka ludzi w roboczych ubraniach. Pytanie: sprzedawać im wódkę, czy nie? Ale nie ma takiego prawa, aby im nie sprzedawać”. Alkoholizm obywateli PRL – był najczęściej formą ucieczki od codzienności, poza tym sprzedaż alkoholu przez państwowego monopolistę była niezawodnym sposobem na wyciągniecie pieniędzy od ludzi, które otrzymywali w formie wypłaty. A były to niemałe sumy. Jak obliczono, w samym województwie warszawskim, w 1977 r. zakupiono samej wódki i wina, za sumę 6, 5 miliarda złotych. Była to równowartość 74 500 „maluchów” przyjmując oficjalną cenę 87 tysięcy za samochód.

Oprac. na podst. prasy z okresu PRL i "Polskie Dekdy". S Kot. (red).