1960 do 1985 
Rodem z PRL

 

Stoisko w Domu Towarowym.

Lodówka w latach sześćdziesiątych była w Polsce, a co za tym idzie – w Chojnicach – sprzętem praktycznie nieosiągalnym. W tym okresie rozpowszechniło się poradnictwo przechowywania żywności. Zalecano, aby mięso owinąć ściśle zieloną pokrzywą i ułożyć w kamiennym garnku przykrywając muślinem. Pamiętam na chojnickim rynku sprzedawane osełki masła zawijane w kapuściany liść, czy śmietanę nalewaną z kamiennego garnka.

Gorzej jak zakupiona wędlina nie pomna na brak lodówki zaczynała się psuć. Ale i na to znalazła się rada:

 Kiedy skórka na kiełbasie przypleśnieje, trzeba rozrobić trochę kuchennej soli z wodą, aby tworzyła gęstą papkę, wytrzeć nią skórkę do sucha, wysuszyć w bibule lub płótnie i wytrzeć do sucha. Kiełbasa wygląda jak

Stoisko z galanterią. Dom Towarowy.

świeża”. Kto by się tam przejmował szkodliwym działaniem grzybów pleśniowych, czy grożącym zatruciem. Nie po to kupowano kiełbasę, aby jej potem nie jeść.

Margaryna tłuszcz jadalny jest w użyciu idealny” lub „Margaryna sprzymierzeńcem twojego budżetu”albo Margaryna polepsza smak każdej potrawy” – reklamowano w spożywczych sklepach. Dwa chojnickie sklepy rybne, przy ul. Gimnazjalnej, w tym Centrali Rybnej przy ul. Świerczewskiego (obecnie Piłsudskiego) zachęcały do kupna śledzi swoistym sloganem reklamowym „Śledźcie tych, co jedzą śledzie, a zdrowie was nie zawiedzie”, Jedzcie dorsze nie są gorsze”. Braki w zapatrzeniu ryb występowały często, jednak na półkach królowały nie tylko konserwy z chojnickich Zakładów Rybnych, ale z bratniego ZSRR, te ostatnie produkty nie cieszyły się wzięciem z powodu egzotycznych gatunków ryb, w Polsce raczej nieznanych.

Kolejka przed sklepem.

Za to straszono obywateli przejawami kultury kulinarnej zachodu - w stylu: „Po Coca Cola błogo, różowo”. Nie przeszkodziło to jednak chojniczanom ustawić się gigantycznej kolejce przed „Delikatesami” w dniu, kiedy po raz pierwszy pojawiała się w sprzedaży w Chojnicach. Sprzedawano tylko po dwie butelki na osobę. Kilka lat wcześniej w sklepie na parterze Domu Towarowego sprzedawano... żabie udka, odrzut z exportu, co tłumaczyło by kapitalistyczną potrawę w uspołecznionym sklepie. Trudno dostępnym napojem była kawa ziarnista. Ta podawana w lokalach nosiła miano, zresztą słusznie – lury. Propaganda prasowa tłumaczyła braki w zaopatrzeniu w używkę: „Napój z kawy ziarnistej rzadko jest stosowany nie tylko na wsi i słusznie – ze względu na zawarte w prawdziwej kawie szkodliwe dla zdrowia składniki”. Jednocześnie, co kilka lat kolejna przetwórnia wypuszczała na rynek nową odmianę kawy krajowej. Panowała wśród gospodyń niewątpliwa radość z powodu rozpoczęcia produkcji kawy zbożowej przez Zakłady Kawy Zbożowej we Włocławku. Miała tę przewagę, nad ziarnistą, że nie zostawiała …fusów które często… wyjadano.

Przyjęcia domowe z końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych z upodobaniem serwowały domowe imitacje ciast luksusowych; „Płatki owsiane z lekka przyrumienione na złotawy kolor wyglądają jak usiekane migdały lub orzechy”. O wypiciu herbaty z plasterkiem cytryny można było pomarzyć. Propaganda głosiła, iż kiszona kapusta ma tyle samo witaminy i kalorii co cytryny – na dowód, że nie ma potrzeby importowania tych ostatnich. Zgoda – tyle, że cytrynę można wycisnąć do herbaty, a kiszoną kapustę już trudniej. Cytryny i pomarańcze sprowadzano w niewielkich ilościach. Pamiętam jak nie tylko u mnie w domu wieszano je obok bombek na choinkach. Bananów i innych egzotycznych owoców nie sprowadzano, podobnie jak bakalii.

Wynalazkiem epoki była tzw. sprzedaż wiązana – jeżeli klientowi zależało na kupnie towaru lepszej  jakości, musiał nabyć go z towarem, który nie cieszył się powodzeniem. Sam niejednokrotnie doświadczyłem takich

Chojnice. Początek lat 80.

praktyk nabywając konserwy mięsne PEK i YANO dostępne w zestawie z herbatnikami czy sucharami. Lata osiemdziesiąte upowszechniły zjawisko „produktu zastępczego”. W sprzedaży pojawiły się wyroby czekoladopodobne, odpady pończosznicze na wagę, papierosy z metra, na wagę, czyli poprodukcyjne buble. Pojawiły się szumnie nazwane owoce kandyzowane – marchewka w polewie cukrowej. Absurdy związane z nabyciem towaru zaskakiwały zaprawionych w bojach konsumenckich chojniczan. Żeby nabyć meble kuchenne po dwóch tygodniach oczekiwania, musiałem wraz z innymi mężczyznami z kolejki rozładować samochód ciężarowy, który to towar dostarczył do sklepu. W innym po oddaniu iluś tam kg makulatury mogłem nabyć zeszyty i inne przybory papiernicze.

Kraina absurdu jaką była PRL, w samych Chojnicach też zbierała pokłosie w tworzeniu idiotycznych zarządzeń. W Chojnickiej rozlewni wód gazowanych przy ul. Angowickiej nie można było produkować lemoniady, ponieważ warszawska centrala „Społem” nakazała produkować tylko napój gazowany o wdzięcznej nazwie „Mandarynka”. Nie można było sprzedawać chleba w sklepie piekarniczym przy ul. Dworcowej - z piekarni znajdującej się 100 m od wspomnianej placówki, za to z innej piekarni dostarczony chleb sprzedawano bez przeszkód. Większość dóbr uznawanych za luksusowe kupowało się metodą przedpłat. Na początku lat 80 – tych liczba osób, które wniosła przedpłaty na „malucha” przekroczyła milion – jednak spora ich część spodziewała się odbioru samochodu po roku …1990.

 

W stanie wojennym sklepy opustoszały niemal całkowicie. W 1983 r. na rynku znajdowało się zaledwie 35 proc. ilości mięsa, która była dostępna w „chudym” 1980 r. i 13 proc. tej ilości kawy, która była dostępna w 1981 r. Poczęstowanie w tym okresie gościa kawą uznawano za dowód szczególnego wyróżnienia.

 

Oprac. (red.) fot.arch.